 
____________________________________________________________________
Miasto żydowsko- robotnicze. Wielka sala teatru.
Osoby:
Dyrektor teatru / Poseł / Wysłanniczka RP-prezydenta / Władze miasta /
Publiczność / Loża Ferdydurkistów w czarnej skórzanej kurtce, czarnych spodniach i czarnych zamszowych butach |
| |
Publiczność rozsiada się na fotelach "wielkiej sceny" zgodnie z numerami biletów
Dyrektor Teatru wchodzi na scenę ubrany we frak, w cylindrze.
Loża Ferdydurkistów w ostatniej chwili znajdując wolne miejsce w rzędzie dygnitarzy i szych. |
| |
Dyrektor: (do mikrofonu) Witam państwa uroczyście na VII Międzynarodowym Festiwalu Gombrowiczowskim.
W tym roku będziemy brać Ślub w kościele międzyludzkim Gombrowicza, oraz urządzimy poprawiny na Weselu Wyspiańskiego.
(brawa) |
| |
| Dyrektor: Moje słowa rosną waszą powagą, powagą nie tego kto mówi, a tego kto słucha. Dlatego chciałem zaprosić radomskich dygnitarzy, aby urzędowo dokonali otwarcia VII-ego Festiwalu Gombrowiczowskiego. |
| |
| Władze miasta: (chórem) VII Festiwal Gombrowiczowski uważamy oficjalnie za otwarty. Z oficjalnością bardzo nam jest do twarzy, czy raczej protokół jest naszą twarzą. |
| |
 |
| |
Gombrowicz z offu:
"Jak miło jest w dyskrecjonalnej formie
Wieść lekki towarzyski flirt u króla na five o'clocku
Ach, mężczyzn tors i kobiet gors upaja i odurza
Sam Najjaśniejszy Pan robi honory domu!" |
| |
| Poseł: (przepycha się i wchodzi ciężko na scenę) Jeszcze ja! Jeszcze ja! Jeszcze ja.... |
| |
Dyrektor: Poniedziałek- ja?
(próbuje dotknąć lekko ramienia Posła) |
| |
Poseł: "Świnie!
Wara ode mnie, bo ja was!
Jeżeli kto mnie dotknie, to coś okropnego
Ja wam mówię: coś okropnego!
Ale to coś takiego, że ja nie wiem. Ryk, piekło
Loch, dyby, kat i tortura, przekleństwo
Wszystkiego świata kwik roztrzaskujący
Rozsadzający i zabijający, tak jest, tak jest,
Bo mnie nie wolno, bo mnie nie, bo nie, bo
Nie, bo ja niedotykalny, niedotykalny jezdem
Bo ja was przeklnę!"
Publiczność bije brawo, cała sala wstaje
Na scenę wchodzi wysłanniczka prezydenta" |
| |
Wysłanniczka: (czyta list RP. prezydenta)
Wielmożny Panie Gombrowicz. Z okazji jaśniepańskiego festiwalu niejasnego, ja RP-prezydent z bożej łaski składam Panu spod ciemnej
Gwiazdy, pożal się boże pisarzowi, geniuszowi, gów...owi naszemu narodowemu życzenia szybkiego powrotu na ścieżkę prawości i umiłowania ojczyzny, jak również porzucenia tego towarzystwa zatraconych, niezmordowanych, gdzie zło sobą się kazi i siebie przeżera. Uściski. Podpisane RP-prezydent |
| |
| Dyrektor: Bardzo to uprzejme ze strony RP-prezydenta... On jeden może swoim majestatem podnieść nasz niegodny festiwal do godności jednym pstryknięciem swojego palica. RP-prezydent może nas mianować z nadania swojego, ludzkiego, oraz dopełnić nas może i wypełnić wartościami. |
| |
Brawa Oklaski Blaski i Cienie
Loża F wybiega w popłochu |
| |
| |
 
____________________________________________________________________
Foyer teatru. Spotkanie z n. Reżyserem Ślubu Witolda Gombrowicza.
Osoby:
n. Reżyser / Aktior 1- 30 letni mężczyzna w wyciągniętym swetrze i dżinsach / Pyćkal - dziwny mężczyzna z długimi włosami i obłąkanym wzrokiem / Dziennikarz - pewny siebie 40-latek w kominiarce / Dziennikarka - pewna siebie trzydziestolatka w pilotce / Mała publiczność żakowska / Loża Ferdydurkistów |
| |
| Dziennikarka: Panie reżyserze, a dlaczego pan się bez ustanku zachowuje? |
| |
| Gombrowicz z offu: " ...wypił herbatę, ale pozostał mu na talerzyku kawałek cukru - i wyciągnął rękę, żeby go podnieść do ust - ale może uznał ten ruch za nie dość uzasadniony, więc cofnął rękę - jednakże cofnięcie ręki było właściwie czymś bardziej jeszcze nieuzasadnionym - wyciągnął tedy rękę powtórnie i zjadł cukier - ale zjadł już chyba nie dla przyjemności, a tylko żeby odpowiednio się zachować... wobec cukru, czy wobec nas?" |
| |
Dziennikarz: Niech pan lepiej coś powie o swoim przedstawieniu...
Chcielibyśmy coś wiedzieć, cokolwiek. Resztę sami zmyślimy na chybcika, jak zwykle. |
| |
| n. Reżyser: Więc to jest tak z tym Gombrowiczem, że ja od ósmego roku życia sypiam na jego Dziennikach. Przesiąkam nimi, przez sen w stanie Alfa wchłaniam jego intelektualne fluidy. I moje dramaty są przez to mądrzejsze, moje adaptacje doskonale się adaptują w trudnych warunkach historyczno- ekonomicznych. |
| |
| Loża Ferdydurkistów: (pod nosem) W czasach dzisiejszych, w czasach, jak dzisiejsze, socjalistyczno - demokhatycznych i ateistyczno - socjalistycznych... |
| |
| Dziennikarka: To było nawet widać, słychać i czuć w czwartej scenie, w drugim akcie, w pierwszego monologu trakcie.... |
| |
| Loża Ferdydurkistów: (do siebie, ukosem) Nikt z nikim nie może zwyczajnie mówić. Daremnie wydzierasz się z siebie do mnie, a ja do ciebie. Na darmo chciałbym wydrzeć się z siebie do was. |
| |
n. Reżyser: Czy mają państwo jeszcze jakieś pytania do reżysera?
Bo jeśli nie, to proszę skorzystać z formularza standardowych głupich pytań dziennikarskich, które państwo dostali przed dyskusją. |
| |
| Dziennikarka: Proszę wypowiadać dłuższe kwestie dla mediów... Krótsze lepiej brzmią na mieście, na dworze, na polu, w Krakowie, w Warszawie i na plantach. |
| |
| n. Reżyser: Moje poprzednie przedstawienie na kanwie Gombrowicza zostało przez prasę dobrze skonsumowane. Przed chwilą widzieli państwo premierę, a jak wiadomo premiery i premierzy w tym kraju to wielka niewiadoma. |
| |
| Loża F: (do siebie) Świętość, majestat, władza, prawo, moralność, miłość, śmieszność, głupota, mądrość, wszystko to wytwarza się z ludzi, jak alkohol z kartofli. |
| |
| n. Reżyser: (gwałtownie) Pytania proszę! Więcej pytań, żebym mógł odpowiadać. |
| |
| Cisza! Publiczność żakowska onieśmielona. |
| |
n. Reżyser: (ze złością) Więc to tak! To tak to, tak to to... Zmusiliście mnie! Sam sobie... sam sobie zadam pytanie.
Wskazuje palcem na siebie |
| |
| Aktor 1: Jak pan reżyser widzi naszą grę aktorską, zwłaszcza biorąc pod uwagę pląsy naszego uroczystego Ślubnego orszaku. |
| |
| n. Reżyser: Od kiedy nago sypiam na Dzienniku Gombrowicza, nie mogę oddzielić teorii od praktyki, formy od treści, gry od przedstawienia. Bardzo mi przykro! Bardzo mi przyjemnie! Cokolwiek! Dobranoc! |
| |
Loża F: (podśpiewuje) Etrange! Foyer... Tete a tete... De mode? Ferdydurke! O! W mordę!
Pierwszy dzwonek - drugi dzwonek - trzeci dzwonek. Publiczność udaje się na kolejne przedstawienie. |
| |
| |
 
____________________________________________________________________
Spotkanie z Gombrowiczologami w małej sali kameralnej. Stół, krzesła jak na sali wykładowej.
Osoby:
Gombrowiczolog I / Gombrowiczolog II / Gombrowiczolog III / Loża Ferdydurkistów / Bardzo mała publiczność żakowska / Gombrowicz z offu |
| |
Gombrowiczolog I: Dzień dobry państwu, i owszem. Na dzisiejszym spotkaniu powiemy sobie, dlaczego Gombrowicz jest nam współczesnym potrzebny i w jakich go zażywać dawkach.
(wyjmuje tabakierkę i zapodaje tabaki) |
| |
| Gombrowiczolog II: Z ust mi to wyjąłeś drogi kolego sobowtórze. |
| |
Gombrowiczolog III: Z ust mu to wyjąłeś... (bierze to coś z ust wyjętego ale niewidzialnego w dwa palce, przygląda się) Ale do czego nam to właściwie potrzebne? Są to tylko z ust wyjęte cudze słowa....
(odrzuca to) |
| |
| Gombrowiczolog I: My mamy własne słowa z nosa na dowód naszych ciepłych uczuć do geniusza Witolda. I my te słowa do Gombrowicza przylepimy... |
| |
| Gombrowiczolog III: Bo cóż, gdybyśmy nie mówili Gombrowiczem... a Gombrowicz mówił nami, ile to wszystko byłoby warte? Pewnie byśmy się w ogóle nie spotkali. |
| |
| Gombrowiczolog II: (dłubie w nosie) Z nosa... Z nosa.. No, ale dla publiczności tu zgromadzonej słowa z nosa są dobre równie jak wyrazy z ucha, albo z oka. Wpadają jednym i wypadają drugim. |
| |
| Loża F: Pomidor!!! |
| |
| Gombrowiczolog II: (kiwa głową) Wielki nasz geniusz -pomidor- pisał książki -pomidor... |
| |
| Gombrowiczolog I: (kiwa głową) Pomidor od wieków leży w centrum Jarzynowego problematu... |
| |
| Gombrowiczolog II: To zależy - globalnego, emigracyjnego, czy między-wojennego? |
| |
| Pyćkal: A nie sądzą panowie, że pomidor świetnie się godzi z filozofią ks. Twardowskiego? |
| |
Gombrowiczolog III: Wyższość pomidorów argentyńskich nad polskimi burakami...
Loża Ferdydurkistów wyjmuje z reklamówki pomidory i rozdaje publiczności. Wszyscy zaczynają rzucać pomidorami w Gombrowiczologów. Ci nie pozostają dłużni. Spotkanie przeradza się regularną pomidorową wojnę... |
| |
| Gombrowicz z offu: Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot. Wymiot obsesjonalnie chhoniczny phofesoha leczony był bezskutecznie przez największe międzynahodowe powagi. |
| |
| |
 
____________________________________________________________________
Spotkanie w bufecie Festiwalowym po spektaklach w późnych godzinach wieczornych przy piwie.
Osoby:
Aktiorka 1- brunetka w sukience do kolan lat 20-ścia / Aktiorka 2- blondynka z twarzą anioła lat około 20-ścia / Młody ambitny reżyser nowoczesnego przedstawienia / Dyrektor / Loża F. / Duch Jerzego - Brata Witolda Gombrowicza (Chochoł) / Gombro z offu |
| |
| Dyrektor: A co sądzi Loża F. o ostatnim spektaklu? |
| |
| Loża F: Nie jest na tyle nierozsądna, aby coś mniemać, albo i nie mniemać... |
| |
| Aktorka 1: Tu jest Polzka! Tutaj jest polzki cukierek... (pokazuje język loży) Masz, poliż cukierek przez szybkę... Ha! Ha! Ha! |
| |
| Loża F.: Polzka, czyli nigdzie... (pokazuje język aktorce) |
| |
| Reżyser: A czemu to Loża tak chodzi i chodzi na spektakle?... |
| |
| Loża F: Chodzę i chodzę, żeby potem zaglądać aktorom pod podszewkę, a aktorkom pod gorset, czy tam źródło Gombrowicza bije w klatce piersiowej... |
| |
| Aktorka 2: (pijana do Loży) A kto ty jesteś? |
| |
| Loża F: Polak biały... |
| |
| Aktorka 2: Fotograf? |
| |
| Loża F: Chodzący wariograf... I chciałem przy okazji zaprzeczyć, jakoby Loża oddawała się pokątnie orgiom w rodzaju króla UBU! |
| |
| Dyrektor: Więc... te miernoty z miernego teatru mówią o sobie: Jezdeśmy światowce! A ręczniki w hotelu są za małe... |
| |
| Reżyser: I co zrobiłeś z małymi ręcznikami małych aktiorów? |
| |
| Dyrektor: Kupiłem im duże ręczniki na miarę ambycji... |
| |
| Aktorka 1: (krzyczy) Tu jest Polzka! Teraz jest Polzka i tutaj! Poza polityką! Na Weselu i na Ślubie. |
| |
| Dyrektor: Jan Nowicki jak grał u nas w teatrze, to na kozetce mógł spać i bez wody, ręcznikami papierowymi mógł żywić się... |
| |
| Loża F: A w stolicy jest prowincja! Tam dopiroż jest tradycja! |
| |
| Reżyser: Negatywne recenzje celują w sedno mojego przedstawienia. |
| |
| Dyrektor: Ale ono zakłada się na chaosie i braku dyscypliny. Aktiorzy grają bez przełożenia na kółka zębate reżysera, bo one zjedzone na monstrualnym pop-arcie. |
| |
| Reżyser: Zaprawdę! Powiadam wam... Tak miało być. Jazzowa improwizacja zamiast natręctwa reżysera. Moje przedstawienie samo się wystawia między ludźmi. |
| |
Gombro z offu: Między nami Bóg nasz się rodzi i z nas
I kościół nasz nie z nieba, ale z ziemi
Religia nasza nie z góry, lecz z dołu
My sami Boga stwarzamy i stąd się poczyna
Msza ludzko ludzka, oddolna, poufna
Ciemna i ślepa, przyziemna i dzika
Której ja jestem kapłanem! |
| |
| Dyrektor: Wszystko pięknie, ładnie, ale coś nie gra w tej szafie... |
| |
| Reżyser: (nadyma się) Za duży dystans... Jestem tak nowoczesny, że muszę dystans importować na spadochronie z Marsa... |
| |
| Loża F: Chyba z Von Tiera Larsa... |
| |
Aktorka 2: (do loży) Pan poeta, pan poeta.
Coś, jak liryzm, struna brzękła:
ja o pana się przelękła,
że ta strzała niespodziana
może trafić, ale pana. |
| |
Loża F: Bawię panią galanterią
przez pół drwiąco, przez pół serio;
stąd się styl osobny stwarza:
nikt nikogo nie dosięga,
nikt nikogo nie obraża... |
| |
| Aktorka 2: (naburmuszona) Ja wiem, że pan ma zwyczaj udawać, że nie poznaje aktorek i przedstawiać się uroczyście każdej za każdym spotkaniem. (chlusta mu w twarz szklanką wody) |
| |
Loża F: Bo wie pani, jak się panią widzi, to aż korci, żeby panią
do czegoś użyć. Na przykład, żeby panią wziąć na linkę i pędzić
Albo żeby panią kłuć szpilką, albo żeby panią przedrzeźniać.
...Ha! Jak pani tu siedzi, jak pani przebiera tymi palcami, jak pani macha tą nóżką! To jest niesłychane! To jest wspaniałe! To jest rewelacyjne! Jak pani to robi! |
| |
Dyrektor: (do reżysera grzmiąco) A kto by na Ojca swojego
Rękę świętokradczą, ten zbrodnię tak okropną, tak
Niewymowną, tak ach piekielną, diabelską, nieludzką,
Że z pokolenia w pokolenie w krzyku strasznym,
W jęku, we wstydzie, w udręczeniu od Boga i Natury
Wyklenty, przeklenty, wyrzucony, pozostawiony, opuszczony...
W tle słychać pierwsze takty poloneza. Na scenie pojawia się duch Jerzego - brata Witolda Gombrowicza (chochoł) |
| |
| Jerzy Chochoł: To ja miałem być pisarzem!!! |
| |
Wszyscy zostają jakby zatrzymani w kadrze...
Do bufetu wchodzi wysłanniczka RP Prezydenta i wręcza Dyrektorowi ogromny brązowy medal.
Medal spada z nieruchomej ręki na podłogę.... |
| |
| Kurtyna |
| |
Wykorzystane w tekście fragmenty pochodzą z:
Wesela Stanisława Wyspiańskiego
Ślubu Witolda Gombrowicza
Dziennika Witolda Gombrowicza
Pornografii Witolda Gombrowicza
Operetki Witolda Gombrowicza
Iwony księżniczki Burgunda Witolda Gombrowicza |
| |
| |