Prawdopodobnie ze względu, na zbliżające walentynki, otrzymałem otóż ciekawy mail, zaproszenie do udziału w programie "Rozmowy w Toku". Talk Show dotyczyć ma osób, którzy chcieli się targnąć na swoje życie, ale przeżyli. Wszystko fajne, tylko eee... czemu ja? Jakoś nigdy nie pamiętam, abym targnął się na życie, możliwe, ze zjadłem coś nieświeżego, lub napiłem się czegoś, czego pić się nie powinno... Zaprzeczam plotką, aby jeden z puzdrowicieli miał się niezbyt dobrze. Wszystko jest ok... Jaka jest przyczyna tego maila?
Śledztwo w toku...
Neptyczny podpowiedział, że to może wina moich opisów na gy-gy...
Nina pisała już o TETSUO - mechanicznej fantasmagorii o człowieku z żelaza, poddanego makabrycznym metamorfozom. Ponieważ same słowa omówienia Niny nie wystarczą (żyjemy w epoce przodownictwa kultury wizualnej): poniżej ilustracja - oryginalne strzępki filmu, będącego już dziś klasyką awangardy cyberpunku. Dajcie się zmiażdżyć koszmarowi, dumając o zagrożeniach, jakie niesie fantomatyzacja i technicyzacja życia oraz... o mentalnej kondycji ludzi orientu. Człowiek z wiertłem zamiast przyrodzenia powraca do akcji.
Człowiek z żelaza po japońsku 8 stycznia 2007 perorował
ninaw kategorii(P)omówienia (6)
'fuck! don't you understand, your future is metal'
„TETSUO: THE IRONMAN” (1988) – seria surrealistycznych, czarno – białych obrazów w estetyce industrialnej i turpistycznej, bez linearnej fabuły, którą jednoczy stopniowa transformacja w ludzko – maszynową hybrydę pewnego japońskiego urzędniczyny – pechowego kierowcy (tomorowo taguchi), który stał się ofiarą okrutnej zemsty potrąconego przez siebie metalowego fetyszysty (shinya tsukamoto), posiadającego (niczym mityczny król midas) moc przemiany wszystkiego w metal. już od pierwszej minuty swej obecności na ekranie, TETSUO gwałci widza „przez oczy” sceną, w której mężczyzna, w jakimś opuszczonym składzie złomu, ze swoistą furią i pasją masochisty rozcina swe udo, by w powstałą ranę wbić sobie wielki, metalowy pręt. kolejne sceny są równie krwawe i brutalne i miażdżą odbiorcę nieprzerwanie aż do ostatniej minuty filmu. widz śledzi więc z większą lub mniejszą odrazą kolejne etapy mutowania człowieka w metalowe monstrum i jest świadkiem np. erotycznych „igraszek” istoty ludzkiej płci żeńskiej (kei fujiwara) z pół-człowiekiem - pół-maszyną z imponującym, metalowym świdrem (w miejscu dawnego, ludzkiego organu płciowego męskiego przeciętnej wielkości), którym wwierca się w meble oraz w ciało zafascynowanej nim kobiety. gwałtowi „przez oczy” towarzyszy w filmie gwałt „przez uszy” w postaci ścieżki dźwiękowej autorstwa chu ishikawy, czyli surowa muzyka industrialna, zdominowana przez rytmiczne uderzenia automatu perkusyjnego, z powodzeniem udająca hałas z hali produkcyjnej, pełna metalicznych dźwięków, szumów, trzasków i stukotów, przeplatających się z elektronicznymi samplami. TETSUO to debiutancki film pełnometrażowy japońskiego reżysera niezależnego, który od 14 roku życia realizował filmy krótkometrażowe, używając kamery 8mm. shinya tsukamoto nazywany jest przez niektórych krytyków „japońskim davidem lynchem” z racji swych eksperymentów narracyjnych i montażowych, niezwykle zagadkowych i nasyconych przemocą.
"w filmie tsukamoto czyni z ludzkiego ciała pole postępującej industrializacji. człowiek zamienia się w maszynę, ludzkie wnętrze wypełniają rury, krew łączy się z rdzą, a kable niczym włosy oplatają go wokoło. w totalnie masakrycznym, krwawym i miażdżącym procesie przemiany człowiek staje się metalowym potworem połykającym świat. wizja tsukamoto przywołuje w pamięci przemyślenia witkacego, który w swych teoriach zakładał odwrócenie się ewolucji oraz kierunkowanie się ludzkości w stronę społeczeństwa zautomatyzowanego." (cytat stąd). więcej o tsukamoto tu, wywiad z nim tu.
--
a film polecam: fanom industrialu, cyberpunka, surrealistycznego obrazowania, estetyki turpistycznej, japońskiego kina, kina grozy, kina offowego i erotyki w wersji hard core. wszystkim innym nie polecam.
Buszując niefrasobliwie przy stoisku dla książkowych nekrofili (second-hand-book-szmatex w przejściu podziemnym koło dworca w Krakowie) natknąłem sie na białego kruka wśród naukowych woluminów: "Wstęp do imagineskopii" pióra Śledzia Otrebusa Podgrobelskiego. Ręce mi zadrżały, z podniecenia uformował się w krtani kauczukowy glutek. Natychmiast zamknąłem się w WC pobliskiego McDonalda i z wypiekami na twarzy, od czasu do czasu chłodząc policzki zimną muszlą, oddałem się nieumiarkowanemu pochłanianiu teoretycznych wywodów przybliżających mnie-profana do tej tajemniczej nauki (zakazanej w PRL-u pod groźbą zsyłki do Laponii).
Książka zacna, owiana legendą, wypełniająca długoletnią i dotkliwą lukę, jaką był brak ostatecznego podsumowania długoletnich badań nad problematyka doraźnego powiększania wyobraźni, czyli IMAGINESKOPII. Autor tej teoretycznej podbudowy - Śledź Otrembus Podgrobelski - po obronie dysertacji doktorskiej z zakresu paradentologicznych podstaw pendologii na uniwersytecie w Salamance, całkowicie oddał się imagineskopii, jako jedynej z nauk traktujących o otworach powiększających wyobraźnię.
Dla nas - aktywistów PUZDRA - te badania mają kolosalne znaczenie, a szczególnie ustępy dotyczące:
1) próby systematyzacji teorii o stale wzbogacającym się i stale wzbierającym strumieniu przyczyn i skutków, wskazując jednocześnie na słuszność teorii krescendencji bytów, interpretującej i rozwijającej hycowskie (od nazwiska pionierskiego teoretyka imagineskopii Jeremiasza Apollona Hytza) pojęcie pendu.
2) twierdzenie o wczuwaniu sie jako metodzie poznawczej (teoretycznie najsłuszniejszej i metodycznie najbardziej poprawnej), wskazujące na problem dysproporcji, rozziewu między wciąż pomnażającą się rzeczywistością, a wyobraźnią. Stąd zrodził się postulat o powiększaniu wyobraźni stosownie do potrzeb poznawczych.
3) imagogennej właściwości sęków świerkowych.
Autor sypie jak z mankietów przykładami zastosowań imagineskopii i przyrządu imagineskopowego, od zarania dziejow po czasy współczesne autorowi. Przeprowadził wiele badań terenowych. Oto jak opisuje Podgrobelski jedną z lokalnych odmian imagineskopu:
"Niektórzy Wankowie, Koriacy, Jukagirzy, jak też przedstawiciele innych, pokrewnych tamtym narodowości reprezentujących ludy arktyczne, których miałem przyjemność poznać w dorzeczu górnej Indygirki, przypisują używaniu imagineskopu duże znaczenie, Spoglądają mianowicie przez wypreparowane kręgi szyjne rosomaka lub w razie ich braku - wilka arktycznego, w przekonaniu, że ma to właściwości uspakajające. Podsuwają je też uczynnie przybyszom z innych regionów, gdy ci, atakowani przez meszkę, tę prawdziwą plagę Arktyki, zaczynają tracić cierpliwość."
"Natomiast krajowcy Wooboo z okręgu Woomot z Australii posługiwali się kośćcem miednicy bezlotnego ptaka kwili, noszonym zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety na plecionce z włosia zawieszonej na szyi. Odkąd ptak kwili został doszczętnie wytępiony, Wooboo systematycznie odwiedzają wysypiska śmieci na obrzeżu Woomot, gdzie wyszukują porzucone miski i miednice, zarówno blaszane, jak i plastikowe. Te ostatnie, lekkie i kolorowe, cieszą się szczególnym powodzeniem. Po usunięciu dna (dezoksyrybonukleinowego poniekąd) zawieszają miednice na piersiach i używają jako imagineskopu, choć jej skuteczność w porównaniu z miednicą ptaka kwili nie wytrzymuje żadnego porównania. W istocie, obok całego kompleksu symptomów świadczących o rozkładzie ich rodzimej kultury, obserwuje się również postepujący uwiąd wyobraźni członków tego plemienia. Dowód: mają już podobno swojego posła w parlamencie stanowym."
Jest też wspanały ustęp o wykorzystaniu imagineskopii przez Murzynów Trabantu:
"Rośli i silni Murzyni Trabantu, podczas trwających kilka tygodni obrzędów inicjacji, godzinami całymi stoją w postawie mocno pochylonej, spoglądając spomiędzy nóg na ten wycinek rzeczywistości, który znajdowałby się poza ich plecami, gdyby je wyprostowali."
Coż za innowacyjność w podejściu do problemu imagineskopii!
Mógłbyś, drogi PUZDROwiczu, wyciągnąć z tych przykładów wniosek, iż imagineskopia to relikt przeszłości, rytuał jednostek cywilizacyjnie upośledzonych, ludyczny New Age 'made in PRL' i tantryczne bździochy kapuściochy. Nic bardziej mylnego. Autor, ze zwykłą sobie lekkostrawną refleksyjnością, dowodzi o fantastycznych i wielowymiarowych możliwościach imagineskopii w podrasowywaniu umysłowości współczesności.
Pasjonująca lektura: tylko praca naukowa Jerzego Afanasjewa "Machina Poetica' (nota bene: rekomendowana przez profesora Sternfelda - Doktora Honoris Causa uniwersytetu w Nancy, laureata wielu międzynarodowych nagród w dziedzinie astronautyki, Członka Honorowego Lotaryńskiego Towarzystwa Naukowego w Moskiwe, który również zajmował się zjawiskiem imagineskopii) potrafiła zbić moje przekonanie o inercji współczesnej nauki i małej przepustowości fluktuacyjnej prądów neo-oświeceniowych.
Obiecuję, że na łamach PUZDRA będziemy zgłębiać ten temat. Dla dobra ludzkości. Zachęcamy do kolektywnego imagineskopowania! Oczekuję na pytania w komentarzach: chętnie i bez ociągania wyjaśnię wszelkie kwestie.
Patataj patataj- czy siwek z weluru tez stuka kopytkami??? 8 grudnia 2006 perorował
Osiaw kategorii(P)omówienia (6)
Odnośnie filmów: "Jak we śnie", "Casino Royal"
Gondry śni swój sen, jakby o moim sposobie percepcji i traktowania fikcjonalnosci (ostatnio zmagam sie z ta myślą - realne / rzeczywiste (natura / kultura), hehe - przeszlosc / przyszlosc (tej analogii nie jestem pewna, ale tak to sobie uknocilam: przeszł. - realne przesłanki (stelaż), na którego podstawie już uknoconej sobie rzutujesz wyobrażenia (fikcjonelne dziwaki, majaki)... hmmm, a wszystko na tragicznym polu terazniejszosci - mieszaniny realnego i wyobrażonego...
Po wczorajszym Bondzie: (praga, wenecja a pomiedzy jakies wyspy - "wyspy z natury rzeczy byly szczesliwe. oddalone od calego swiata (...) streszczenia kontynentow, klimatow, por roku (...) czy wpisanie najpiekniejszej mozliwosci - mozliwosci wyspy, a wiec istnienia poza czasem, w cudownym zawieszeniu, komforcie oddalenia od banalnosci, w krainie, w ktorej rzeczy znacza to, co znacza, w swiecie mozliwej idyllicznej milosci" i ja dokoncze to zdanie (res publica - pereira, to fragment recenzji houellebecqa ksiazki - mozliwosc wyspy)
poczatek filmu 'Casino Royal' - kamera z reki, dynamizm "ziarno filmu"- super naturalizm: mocniaszcze sceny przemocy, widac pot i wysilek gdy piekny dzejms wtyka pod kran glowe paskudnego zloczyncy - ale ta scena to jest najlepsza, potem jest tylko gorzej... komorki, poscigi w stylu niemozliwie high speedowym- stary, dobry james wyzuty z kiczowatej otoczki - w dobie cyfrowej nic nie jest niemozliwe(dobrze dla nas rokuje!!!) - od polowy filmidlo traci marnym kinem nowoczesnej amerykanskiej akcji z komputerami w roli glownej - rzadnych urzekajacych wynalazkow, zegarkow z laserami, butow ze sztyletami w obcasie, nawet broni palnej mało, no i co najbardziej godne zjechania: rzecz dzieje sie w kasynie - a tu, tymczasem NIKT < NIKT nie pali fajek, nawet nie ma przerwy na szybkiego szluga - prawdopodobienstwo sytuacji (oczywiscie na miare dopuszczalnosci - ale ow zegarek czy but - to uwazam za w pelni prawdopodobne - nie mylic pojęć, zeby nie bylo ze taka realistka jestem) wymagalby calych tumanow dymu - a ja cale 2 i 30 minut nie pomyslalam nawet o spaleniu kawaleczka - skandal!!! tymczasem po jarmushu - wiesz co sie robi!!! hehe. wplyw kina jest przemozny.
A w filmie Gondrego (- duzo szwow i guzikow - plus stare dobre wynalazki typu maszyna - wehikul czasu zwracajacy 1 sekunde lub nadrabiajacy 1 sekunde zycia!!! genialny pomysl... wlasnie nad taka pracuje!!!! potrzebuje tylko troche diody i plastikowa obudowe. poza tym melodramat - taki troche: ludzie nie w samotnosci, ale w jakims stadnym scaleniu zyc musza - sobie zrobic swiat na przyklad las w lodzi i poplynac na nim lub pogalopowac hen - na szarym siwku daleko co to ma kopytka doszyte nicia z widocznym szwem i guzikiem odpadajacym zamiast oka!!!!
Skuszony zaproszeniem pisma kulturalnego Rita Baum nawiedziłem Wrocław (prima sort miasto). Kunsztownie rdzawa impresja z dworca kolejowego - ciach! kontrujęcie - wciskam się do domu pani Stein - żydowskiej świetej katolickiej. Domowy nastrój, choć 'ludzi jak sardynków'. Wieczór zaczął się sennie, bo od wyświetlenia moich wydumisk (popełniłem podprogowy 'product placement' z logiem PUZDRA), a potem już było coraz żywiej. Rewelacyjny koncert dał zespół 'Me, Myself and I' - ludzkie boomboxy (vocal groove i human beatbox: kto zna płytę Bjork 'Medula', ten już w mig rozpoznaje te rejony muzycznego instrumentarium). Ludzie bawili się ekstatycznie. Potem był Slam (niektórzy mówią na to 'szlam'): z zasady potyczki poetyckie (są tacy ironiści, co mówią, że to klasówka z PR-owych argumentów dla poetów), konkurs poetyckiego szołmeństwa. Werdykt jury zgodnie zaaprobowany przez widownię. Energiczna i ekspresyjna konferanjerka (Ivo). Wieczór zwieńczył pozakonkursowy pokaz slamu w wykonaniu Basa Boettchera z Niemiec. Zachwycił aktorskim warsztatem, wykorzystaniem plastyczności i onomatopeiczności języka niemieckiego (dziwne, bo język ten wydawał mi się zawsze oschły, twardy i a-romantyczny). Przeskok czasowy: balanga w klubie "Literatka': w pamięci wyrył mi się odważny taniec dwóch poetów z czajniczkiem. Dzień 02: wizyta w gabinecie osobliwości Roberta Lenarda - wrocławskiego machinatora, szalonego konstruktora cybernetyczno-metafizycznych bytów. Tajna narada w sprawie wspólnego projektu o roboczej nazwie Panopticum. Po drodze sporo knajp, których nazw nie pamiętam, ale może sobie przypomne. Przepraszam za zdawkowy i suchy (wręcz PAP-owski) przekaz, ale boję się, że zacznę mitologizować i wyjdzie z tego epopeja ćmy barowej. Dokumentacja fotograficzna imprezy na tej stronie. Pozdrawiam Macieja Malickiego, z którym dzieliłem pokój hotelowy.