powrót do strony głównej Bloga
Wszystkie wpisy w kategorii Kawiarnia Literacka (wpisów: 53)
   
   
Witoldo 2010 - II Literacki Konkurs
13 maja 2010 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)


II Literacki Konkurs Gombrowiczowski

Witoldo 2010


Konkurs obejmuje prace będące: dowolną formą literacką inspirowaną osobą i twórczością Witolda Gombrowicza.

§ 1

Organizator i czas trwania Konkursu

1. Organizatorem i fundatorem nagród II Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego WITOLDO 2010 (zwanego dalej „Konkursem”) jest Miejskie Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim.
Konkurs odbywa się pod patronatem naukowym Ostrowieckiego Towarzystwa
Naukowego.
Miejskie Centrum Kultury ul. Siennieńska 54
27-400 Ostrowiec Świętokrzyski tel.
Tel. (041)262-48-52
osoba do kontaktu: Kamil Stelmasik
e-mail: piknik.gombrowiczowski@gmail.com
kamil.stelmasik@mck.ostrowiec.pl

zwane dalej „Organizatorem Konkursu”.

2. Konkurs rozpoczyna się 12 MAJA 2010r. i trwać będzie do 6 CZERWCA 2010 r. Ogłoszenie wyników nastąpi 13 CZERWCA 2010r w trakcie PIKNIKU GOMBROWICZOWSKIEGO

§ 2
Warunki uczestnictwa w Konkursie

1. Uczestnikiem Konkursu może być każda pełnoletnia i niepełnoletnia osoba fizyczna posiadająca obywatelstwo polskie i nie tylko, która do 6 CZERWCA 2010 r do godziny 24.00. prześle na adres e- mailowy: piknik.gombrowiczowski@gmail.com utwór literacki swojego autorstwa (dalej zwany „Utworem”) wpisując w temacie e- maila
WITOLDO 2010 „Konkurs Literacki”

Na jeden z podanych tematów:

1.„Jak, na przykład, przedstawia się sprawa naszej męskości?”
2.„Nikogo ja na kluski stare moje, na rzepę może i surową, nie zapraszam, bo w cynowej misie, chude, kiepskie i podobnież wstydliwe..."
3."Bywa, iż sobą zdumiewam siebie."


2. Utwory nadesłane na Konkurs muszą stanowić od początku do końca oryginalną twórczość osoby biorącej udział w Konkursie, nie mogą być obciążone prawami ustanowionymi na rzecz osób trzecich. Utwory nadesłane na Konkurs nie mogą w żadnej swojej części stanowić plagiatu, być kopią lub fragmentem jakichkolwiek innych utworów. Utworami konkursowymi nie mogą być teksty, które w całości były publikowane w którymkolwiek z mediów.
3. Naruszenie przez uczestnika Konkursu któregokolwiek z wymienionych powyżej warunków uczestnictwa w Konkursie, spowoduje utratę prawa do otrzymania nagrody. W przypadku zaistnienia okoliczności wymienionych w § 2 pkt 2 uczestnik Konkursu będzie zobowiązany do zwrotu otrzymanej nagrody.


§ 3
Zasady Konkursu

1. Aby wziąć udział w Konkursie, należy przesłać do 6 czerwca 2010 r do godziny 24.00. swój Utwór w postaci załącznika elektronicznego w formie dokumentu tekstowego wg załączonej specyfikacji.
2. Objętość utworu nie powinna przekraczać 3 stron znormalizowanego maszynopisu (1800 znaków na stronie).
3. Nadesłane Utwory nie będą odsyłane do autorów.
4. W Konkursie wezmą udział Utwory napisane w języku polskim.
5. Konkurs jest anonimowy. Utwór nie może być podpisany imieniem i nazwiskiem. Powinien zawierać jedynie godło autora. W treści listu elektronicznego należy zamieścić dane autora i godło (to samo, co w Utworze). Dane autora powinny zawierać: imię, nazwisko, adres, rok urodzenia, telefon kontaktowy, adres e-mail, informację o dotychczasowym dorobku literackim. Dane osobowe będzie znał tylko główny koordynator konkursu, który nie wchodzi w skład komisji sprawdzającej.
6. Nadesłane utwory oceni jury w składzie: prof. Przemysław Czapliński,
Monika Bolach, Aneta Pierścińska- Maruszewska i Maciej Milach
7. W Konkursie przewidziano następujące nagrody:

nagroda I: 1 000 zł
wyróżnienie I: specjalna nagroda książkowa
wyróżnienie II: specjalna nagroda książkowa
Zwycięskie utwory zostaną opublikowane na serwisie Wrzuta.pl

8. Organizator nie bierze odpowiedzialności za złamanie praw autorskich
przez Uczestników Konkursu. Odpowiedzialność taka spoczywa na Uczestnikach Konkursu.
9.O zakwalifikowaniu do konkursu zainteresowane osoby poinformowane zostaną 8 czerwca 2010 drogą elektroniczną.

 
 
 
 
   Komentarze: 101
   
   
Rozmowa z Franciszkiem Starowieyskim
24 lutego 2009 perorował Zalibarek w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)


W smutny dzień śmierci Franiszka Starowieyskiego dokładam wpis z fragmentem rozmowy, jaką podesłał pan Zbigniew Kresowaty. "Rozmowa artystyczna” z Franciszkiem Starowieyskim pochodzi z książki Zbigniewa Kresowatego pt. „Między logos a mythos”, która to książka z wieloma innymi rozmowami (nie wywiadami) ukazała się nakładem Wydawnictwa MINIATURA w Krakowie w 2005 roku. (twarda okładka, 350 s. oraz ikonografia, format A-5).

____________________


Zbigniew Kresowaty – Bardzo dużo o Panu powiedziano, napisano. Kondensując to można powiedzieć: fascynuje i gniewa, nie przynależy do żadnego z głównych kierunków, lecz posiada wielką siłę witalną, posiada w sobie wielką wartość równowagi, bo zachwycają się nim ale i ma wrogów. A tak wydaje mi się osobiście /jako człowiekowi z Pańskiej profesji/, że jest Pan romantykiem, ale i awangardystą, który oparł się na konkretnych działaniach, bo myślę tu o tzw. „Teatrach Rysowania" i innych przedsięwzięciach. Zachwyca się Pan starożytnymi dziełami, ogólnie dziełami sztuki, otacza się Pan nimi. Ogólnie osadza się Pańskie widzenie świata od renesansu, korygując się przez sarmatyzm baroku na miarę tej epoki użytej, gdzie główną rolę gra harmonia. Bo jest nawet w tych Pańskich fascynacjach harmonia, jakby to główne /przesłanie/ na którym się Pan opiera.

Franciszek Starowieyski – Jest tu wiele racji. Natomiast to co Pan zauważa, chodzi o harmonię, to jest tak – Appolineare był człowiekiem awangardy, programowej awangardy... i zdawać by się mogło - tak później to sklasyfikowano - że w okresie, gdy wszyscy krzyczeli „świat zburzyć” on napisał : „harmonio jesteś mą słodyczą” – dodając „przyjdź, ucałuję cię w czoło itd., jesteś słodka jak płomienie, których promienie wziąłem z ciebie ...” i gdzieś się tym rzeczom przynależał – ale nie do świata awangardy, lecz do tego drugiego bieguna, do tego ostatniego z tego pokolenia tych artystów, którzy zakańczali pewną epokę, /trudno powiedzieć tak jednoznacznie/ powiedzmy okresu XIX wieku? – ale zakończyli pewną epokę, jakby ustateczniając pewne prawdy. W tym czasie, który nastaje, powstaje masę nowego, ale ja osobiście uważam, że w tym momencie kończy się to co można nazwać „stare”- i poza histerycznymi wrzaskami o nowe, poza nouhausami, kobizjerami, Leninem, Hitlerem, Mussolinim, itd., itd., nie powstaje żadna wielka myśl! - Myśl , ani o naszej duszy, ani o tym co widzimy naocznie! Harmonia, harmonie które stworzyli architekci fiendisieklu są tak złożone, tak wymyślne, że dziś już nawet ich nie potrafimy skomentować, zresztą nie są to jedyne harmonie, które wówczas powstały bo w większości kompozycji historycznych, czy obrazów w tym wielkich, harmonie mają strukturę tak niezwykle skomplikowaną w całym obrazie i jest to tak przeładowane, że ludzie wykrzykiwali na to, że to tylko ilustracja. Ale był to pretekst do umieszczenia „ciemnej plamy” w ruchu na drugim planie i „czerwonej plamy” obrotowej na pierwszym planie. Z tym, że ta pierwsza plama obrotowa na tzw. ”pierwszym planie” zawierała jeszcze szczątki najrozmaitszych informacji, a inaczej mówiąc dziesiątki najrozmaitszych informacji, bo zawierała rzeczy światłe, zawierała wiadomości historyczne – sprzączki, ostrogi, szable, rasy koni itd. człowiek który przepada, który ginie w tej formie obrotowej, współczucie w nieszczęściu, czy radość ze zwycięstwa – to są dziesiątki rzeczy których tamta sztuka już nie potrafiła dotknąć, a tej abstrakcyjnej warstwy która jest zbyt złożona my czytać nie potrafimy. Dlatego współczesny człowiek na widok „Paler di gistige” w Brukseli czy „Bitwy pod Grunwaldem”, czy „de Omfalle” – czy tych rzeczy, które posiadają cały ładunek o którym wspomniałem, rzeczy nazwijmy, ich szczytowych osiągnięć, tego przebogactwa Fendisieklu, a więc ten człowiek stojąc naprzeciw temu się wzdryga! - że to jest paskudne, dla niego jest paskudne! Ta złożoność harmonii jest tak naprawdę dla niego niedostępna /?/. Bo to są rzeczy tak nieprawdopodobnie złożone, nawet w porównaniu z układem barokowego kościoła! – czy gotyckiej katedry, czy sklepienia sali balowej w pałacu barokowym. Dochodzi tu do tak niesłychanej komplikacji, że ten dzisiejszy człowiek to odrzuca /?/- po prostu nie jest w stanie przyjąć tej ilości bodźców, znaków itp. Tak więc ten „dzisiejszy” odbiorca ogranicza swoje, to bogactwo myślenia i odbiór, do zwykłego „bum bum” – ja to tak nazywam „bum bum”. Dzisiaj na obiad jadłem w barze pizzę /na dole / będąc w Instytucie jak Pan wie i cały szereg ludzi pomiędzy 15 a 50 lat z takim niepisanym ukontentowaniem, w trakcie tego jedzenia, przysłuchiwało się jak jakiś „Pimpuś Bum Bum Gra Na Bębnie" pośpiewując, po tych uderzeniach, po angielsku jakieś dwa, trzy słowa nic nie znaczące dla nich, powtarzające się po sobie w nieskończoność dwoma, trzema taktami... Angielski jest to język, który podczas śpiewania nadaje się do Psalmów! Każda inna rzecz jest po prostu bardzo śmieszna – ale być może o tę śmieszność chodzi? – A jak zdołano to zaakceptować jako język nazwijmy to obowiązkowy w muzyce? Pojęcia nie mam /tu śmieje się/. Pierwszoplanowe bębnienie, mocne w dodatku – jest to niesłychanie uproszczony bas continuo muzyki barokowej, o czym nikt z tych słuchających nie wie! Tłumacząc to na język klasyczny – to jest tak: jak mi jakiś obraz ładny nie chce wejść w płaszczyznę i nie trzyma, nazywając to językiem plastycznym – co robię wówczas? – ja czasami, a Waldek Świeży prawie zawsze - skrapia go, wówczas on uzyskuje tą płaszczyzność, tą jednoczesność – jedność oglądania – może taki spokój pozorny, może taki trochę nerwowy, ale zawsze. To samo jest z muzyką – to jest to bum, bum, bum, bum ten „bas continuo”, czyli ten bęben daje, że to się wszystko trzyma tego, co w obrazie się nazywa płaszczyzną .

Zbigniew Kresowaty – To zabawna rzecz, że wszedł Pan na teren muzyki, żeby nam to objaśnić. Prawdopodobnie ta muzyka się wzięła od tzw. „buntu młodzieży”. Bo w 1968 roku po „wiośnie buntów” w Berlinie w najbardziej romantycznym miejscu w całym Berlinie, który a propos stał się symbolem tzw. „zimnej wojny” gromadziło się tam bardzo dużo młodzieży i chciano coś wymyślić, zatem żeby ich rozgonić puszczano przez megafony najgłośniej jak tylko można muzykę taką trąbo-bębnową, żeby nie mogli spiskować, żeby się rozchodzili do domów.

Franciszek Starowieyski – Tak, tak! – Klinika Brika, Klinika Brika – tam gdzie wymieniano szpiegów – Tak, przed wojną był to „most westchnień”. A więc usiedli tam agenci CIA i agenci KGB i zastanawiali się co z tym faktem zrobić, żeby tak dużo tu się nie gromadziło młodzieży – popijając wódkę i whisky i to oni wymyślili tę głośną muzykę, żeby tamci nie spiskowali /?/. No tak! Wie Pan, jak się coś daje i coś się dzieje – to się wreszcie po czasie ludzie - zwłaszcza młodzi - przyzwyczajają i wreszcie ten absurd staje się koniecznością w życiu tych ludzi – No i tak zaczęło się to „Bum – bum – bum” – To jeszcze jeden przykład na to co wcześniej powiedziałem, choć w plastyce w inny sposób to się działo bo i inne cele były tego – bo się zaczęło z niepojęcia... – W muzyce ta cała nowa fala dostała nieprawdopodobny zestaw instrumentów muzycznych, czego dotychczas nikt nie posiadał o tej sile, o tej skali i tych niepisanych możliwościach. Zaczął się też Jazz bo pojawił się niesamowicie drażniący instrument saksofon, jakby z założenia o takim „złym” cudzysłowie smaku. A więc zaczął się jazz, który był jedną z przyczyn, o czym mało kto wie, wybuchu hitleryzmu w Niemczech, a właściwie faszyzmu! Ale to jest temat na inną rozmowę – mówię to, żeby dać do myślenia...

Zbigniew Kresowaty – Swego czasu , z okresu krakowskiego Pańskiej twórczości, wymyślił Pan sobie takie plebejskie nazwisko „Byk” – czy tak przezywali Pana? – Nawet , gdyby nie, to jednak coś w tym jest, że obiera się pseudonimy czy podnazwy lub przednazwy , żeby coś w sobie zaznaczyć? – Z tego co wiem i nawet kontynuują inni krytycy to „Byk” nie dał sobie założyć przysłowiowego kółka do nosa i dać się prowadzić – Co prawdziwego jest w tym, bo jak wiemy czas tworzy legendy, jest bardzo pojemny i twórczy w samej istocie? Jak to było u Pana?

Franciszek Starowieyski - Tak! – dla zabawy, jako młody człowiek wymyśliłem sobie plebejskie, jak Pan to określił, nazwisko – zgodnie z czasami! - Ja sobie to wymyśliłem, żeby być zgodnym z czasem. To, że sobie założyć kółka do nosa nie dałem – to jest taka słowna aluzja, która nie ma nic wspólnego z moim działaniem w mojej osobowości przynależnej plastyce, czy sztuce w ogóle! Wymyśliłem sobie nazwiska Jan Byk dla zabawy i tak się podpisywałem na obrazach z tamtego okresu, nazwijmy go „krakowskim”. To tyle!

Zbigniew Kresowaty – Zaczął Pan swego czasu mówić, nawet w tej naszej poprzedniej rozmowie - być może, żeby mnie naprowadzić na trop o zajęciu się kolorami: zimnym i ciepłym w różnych konfiguracjach, o prześwietleniu nimi, kiedy to ja wspomniałem o perspektywie. Natomiast więcej tu u Pana kopii starych mitów aż po dzisiejszy realizm, co czyni Pana specjalistą wysokiej klasy i tak naprawdę jest Pana trudno zdefiniować, a przecież każdemu artyście o to chodzi, żeby go nie wepchnęli w jakiś mit. Dominuje Pan jakby nad samym sobą, wręcz obiekt świata jest Panu niepotrzebny, nie angażuje się Pan nigdy socjologicznie w sztukę. Jest Pan przez to bardzo ciekawy i jest Pan sobą.

Franciszek Starowieyski – Proszę Pana - za dużo macali w społeczeństwie! - Po co mam się angażować w jakieś moralitety itp. rzeczy. Nie można żyć w stanie jakiś wiecznych aluzji! – Przecież ci ślepcy na sztukę powinni być podzieleni na tych co patrzą i na tych co czytają. Tam zaczyna się tzw. spekulacja raz już opisanymi walorami! To raz zaczął taki facet, którego ja uważam za ojca nieszczęść, a mianowicie chodzi o Spinozę...

Zbigniew Kresowaty - Wyklęty później przez establiszment żydowski dlatego, że jakby odszedł od tych ortodoksyjnych koncepcji, zazwyczaj przedstawiany na obrazach w dość groteskowej pozie na twarzy, w kapeluszu, w pelerynie, jakby Nesferatu /?/ - co w pewnym okresie zastanowiło i jakby skłoniło Stryjkowskiego do takiego kompleksu, że i on został wyklęty. Kiedyś pisałem taki esej o Julianie Stryjkowslim gdzie on przyznaje się do tzw. „kompleksu Spinozy”, a więc coś w tym jest, co Pan też mówi, ale jako filozof był niesamowity.

Franciszek Starowieyski – Nie wiedziałem, że Spinoza był Żydem – No właśnie – cały szereg takich ludzi było, którzy zgubili tą drugą mistyczną drogę ludzkości za sobą. Takim może największym przykładem tego mistycznego myślenia był Kepler, który nie wiadomo z czego – z fikcji jakiejś? - raptem dojrzał precyzyjny świat, raptem dojrzał on bardzo czystą matematykę - Newton to samo zrobił w bardzo obskurny sposób! – Już ten obskurantyzm kodyfikowania wiedzy, jeszcze cały XIX wiek walczył z tym trendem – to mistyczne z racjonalnym walczyło, co jest trudne do sformułowania dla mnie, bo ja nie mam języka, z mych racji plastycznych, którym mógłbym precyzyjnie i dokładnie nakreślić to dokładniej, bo i czasu za tyle nie mamy, ale po prostu sugeruję dyskursywnie.

Zbigniew Kresowaty - Mimo to Pański język jest zagadkowy, bo i często symboliczny, myślę w dużym stopniu dla intelektualnego odbiorcy, a jednocześnie w tej sferze z klarownością, która zawsze zmierza ku tej harmonii. Jest tu niesamowita ilość wiedzy ukrytej.

Franciszek Starowieyski – Ale czy Pan wie jak Kepler doszedł do tych swoich obliczeń? – To ten najbardziej niezwykły z przykładów w dziejach natury. Myśmy mieli też takiego człowieka, który może jeszcze większe rzeczy zrobić, ale w Polsce nie miał warunków, myślę tu o słynnym księdzu Kochańskim, który stawiał tezy, nie poparte żadnymi doświadczeniami, ale z wiedzy konstruował jakieś myśli, który mówił, że – tak powinno wyglądać – tak powinno być. Potem się jeszcze zjawia Gauze, którego fascynuje np. co to jest falistość krajobrazu. Jak zna Pan jego obliczenia z powierzchni, to znaczy – jak liczyć powierzchnię kraju na przykład i z tego wychodzą niesamowite rzeczy dla konstrukcji pojęcia. Proszę pomyśleć!

Zbigniew Kresowaty - Coś ciekawego tu się pojawiło! – bo przecież mieliśmy mówić o harmonii i to jakby kontynuujemy, ale w kontekście plastycznym! – Ale Pan, jakby sugeruje, że niektóre centra, że tak powiem, mieszczą się jednak w towarzyszących dziedzinach, nawet w tych naukowych, począwszy od humanizmu poprzez nauki ścisłe i nawet kosmos itd. Twórca obserwuje, żyje w tym wszystkim i buduje swój tok myślenia, żeby oprzeć swoje przesłanie, a zarazem powiedzieć coś świeżego, uniwersalnego i mimo wszystko ciągnie za sobą cały zasób wiedzy i odkrywa ją dla siebie samego, co jest jakby nieodzowne i w sztuce najbardziej po to żeby zaistnieć? Pan interesuje się, prócz swej profesji, innymi ciekawymi rzeczami.

Franciszek Starowieyski - Proszę Pana byłem w Linzu, gdzie jest dom Keplera. Wieczorem było przyjęcie, był to koniec lutego w tym roku – i już troszkę po drinku, zasiadając obok Pani Burmistrzowej miasta, która jest a propos wspaniałą osobą, kochającą sztukę i artystów – onieśmielony wcześniej, powiedziałem jej później, że jutro rano wyjeżdżam, nie zobaczyłem domu, w którym mieszkał Kepler – ona mówi: to jest parę kroków stąd, więc chodźmy! No i jakoś postanowiłem uczcić tego Keplera, mojego idola, a więc pomyślałem: co ja mogę zrobić /?/. Rozebrałem się do naga i przed tym domem odtańczyłem taniec na część niego, na tym mrozie, na ulicy o pierwszej w nocy! Odtańczyłem w takiej formie taniec, co Pani Burmistrzowa przyjęła zupełnie jako normalną formę. Tylko policjanci, którzy obok chcieli reagować, myśląc, że to jakiś szaleniec, chcieli mnie zatrzymać, ale ona musiała ich i mnie uspakajać – Ale ja wtedy nie wiem, czy mogłem inaczej reagować swoim entuzjazmem – to stało się z emocji i chwili, z jakiejś nieopisanej radości, pasji całkowitego identyfikowania się z mistrzem, którego nie ma, a jest tylko cała ta spuścizna! Chciałem też pokazać mój entuzjazm dla niego od malarza – artysty! Tyle! Jest to też w moich działaniach artystycznych, trzeba tylko dobrze patrzeć.

Zbigniew Kresowaty - Były - a nawet są - momenty, że Pan na swoich pracach pisał jakieś cyfry, robił Pan opisy, znaki, litery, zmieniał Pan datę roku powstawania dzieła np. 1699 roku itp. rzeczy. Dużo jakiś opisów matematycznych i pewnych nawet siatek obliczeniowych? – Takie różne inne rzeczy.

Franciszek Starowieyski - Najczęściej to są te cyfry na boku - to są różne moje długi i czasem dochody, czego nikt nie wie i nie zna /tu śmieje się/, jakieś zbieranie pieniędzy na jakiś przedmiot, który zdobędę, czy nie zdobędę! I inne moje tajemnice...

Zbigniew Kresowaty – Robił Pan kiedyś scenografie i myślę tu o jednej takiej do „Króla Ubu”, której to sztuki, żałuję, nie oglądałem, ale czytałem recenzje różne - jest nawet sekwencja tego, w tym przepięknym albumie Pańskim wydanym niedawno, jest tu w albumie jakby cała droga Pańska przez sztukę, są tu rzeczy, zdjęcia z czasu wstecznego kiedy to Pan zaczynał. Ale ta scenografia bardzo monumentalna zresztą fascynuje ogromnie! – Może trochę o tej przygodzie z teatrem nie swoim, gdzie wystąpił Pan w roli scenografa? Co fascynowało, że włożył Pan tyle serca w to monumentalne dzieło plastyczne, które w dużej ogromnej części tworzyło klimat „Króla Ubu”?

Franciszek Starowieyski - Ten horyzont – o! tutaj – na tym zdjęciu /pokazuje w nowym albumie z 1999 r ./, bo nic innego nie mamy, wygląda taki gładziutki i wylizany – a to miało osiem metrów wysokości i szesnaście metrów długości! - Horyzont był częściowo uruchamiany, częściowo nie. Pojawiał się i znikał i wiele elementów, które malowałem i rysowałem osobno, gdzie kreska miała np. pięć milimetrów do ośmiu grubości, więc proszę sobie wyobrazić, jak trzeba było z drabin i podestów pracować w całości dzieła scenograficznego, /tu objaśnia dalej na zdjęciach albumowych/. W momencie, gdy ja robiłem udo to wiedziałem, że szerokość uda to jest ok. 1,5 kroku ludzkiego mojego, cyc równał się jednemu krokowi i chodziłem z „pistoletem”, pędzlem nie sposób było robić inaczej, czyli chodziłem i pryskałem i nic nie można było w stanie zobaczyć, tzn. żadnych jakichś proporcji tylko jakby na wyczucie i doświadczenie, potem wchodziłem na drugi balkon w teatrze i patrzyłem z perspektywy jak to wygląda! Te zdjęcia z realizacji wyglądają takie strasznie gładziutkie, a w rzeczywistości to bardzo chropowaty obraz i jego stan. To było takie ostre w kolorach... . Tu stoję i proszę zobaczyć moją małą sylwetkę dla orientacji. Muszę stwierdzić, że był to chyba jednak największy format, jaki w życiu realizowałem w Teatrze Wielkim w Łodzi. Lubię duże formy, na pewno – a to było doświadczenie z 1994 roku. Ciekawe bardzo!

Zbigniew Kresowaty - To są te doświadczenia z Pańskich wcześniejszych „Teatrów Rysowania”?

Franciszek Starowieyski – Tak! – ale to głównie były rzeczy o wysokości 4 metrów, czasem niższe i nie przeznaczone do tak dalekiego oglądania, czyli działa tu inna odległość, perspektywa /?/ Gdybym robił tą techniką z „Teatrów Rysowania” to nie byłoby nic widać. No i raz robiłem jeszcze w Teatrze w Salzburgu. Był to Festiwal. Były to znów ciekawe doświadczenia i duży wysiłek...

Zbigniew Kresowaty - Ale może pociągnijmy ten wątek teatralny, zwłaszcza Pańskie „Teatry Rysowania” przed publicznością. Było dużo tych przedstawień, nazwijmy je „na gorąco” - gdzie powstaje, w czasie i miejscu, obraz. Czy one, te teatry, wiążą się w jakąś całość? – czy jest to jakiś cykl, o czym my nie wiemy? Czy to powstaje pod wpływem chwili – np. przychodzi Pan do płótna i nie wie co przedstawi? Czy wychodzi Pan z KOŁA? - czyli wpierw rysuje, zaznacza w centrum to koło i tworzy cały marsz z niego, jakby z jego ruchu? Jest na przykład taki teatr Pański „Wędrówki do św. Konia”, lub inne „przeciw Beckettowi”, inne ciekawe opowieści plastyczne.

Franciszek Starowieyski - Jeszcze raz powiem, że kreska którą wtedy operuję jest naprawdę gruba, a więc mówi to za siebie, to jest węgiel wciskany w miękkie podłoże. Tutaj na zdjęciu /pokazuje w albumie/ ta kreseczka, jest bardzo cienka jakby po ołówku, natomiast to zdjęcie nie pokazuje tego elementu szaleństwa, tego tu nie ma – co było widać tam! Natomiast całą interpretację pozostawiam widzowi - tak jak to się dzieje w każdym teatrze - tym bardziej, że podczas rysowania rozmawiam z publicznością, czasem uwzględniam ich uwagi, czasem jest inny kontakt i częściowo nawet to pomaga /?/. Natomiast koło wprowadza ruch i często to jakby z niego wszystko wychodzi i u mnie też, chociaż o kole powiem jeszcze później. W tej rozmowie coś innego i inaczej...


Zbigniew Kresowaty - Może ja będę kontynuował dalej co może się tyczyć i Pańskich „Teatrów”. Sztuka Pańska wyrasta z rozsądku, oszałamia, olśniewa - jest pełna pasji, furii, bliska michaelangelowskiej harmonii - jest tu rozpasany żywioł. Ma Pan zawsze jakby na uwadze pewne rzeczy, takie podstawy wtórnej udowodnionej przez innych prawdy - bo jest barok, mity, nawet legendy i dużo matematycznych zależności, a także jest kondensacja tego, co najważniejsze zdarzyło się w malarstwie (tu ryzykuję), a więc to wszystko trzyma się pewnych rzeczy, które z niczego nie wyrastają przecież. To wszystko tworzy szyfr Pański?

Franciszek Starowieyski - Wie Pan przyznam, że nie bardzo lubię tą całą ikonografię, o której Pankowski i jego naśladowcy cały czas mówią , bo ¾ tego co się przedstawia pochodzi albo z jednorazowego impulsu, albo po prostu szuka się rzeczy, które są z mody danego czasu, te które się samemu lubi i ceni, lubi rysować, kreślić, bywać z innymi. Malował Carawaggio „Ofiarę Izaaka”, już nie pamiętam dokładnie, malował ją dlatego, że miał straszną ochotę namalować parę zwęglonych polan w ogniu, bo wpadł na pomysł jak można oświetlić światłem zewnętrznym palone polano – ale i równocześnie: jak pokazać, żeby z tych płonących polan wychodziło to całe światło wewnętrzne, bo to było wtedy ważne dla niego najbardziej, ważniejsze niż tytuł dzieła! Z tego idzie taka myśl, że wbrew pozorom zmalowywuje się to i owo postaciom... – Nieprawda! – To malarze sobie nie mogli dać rady w pokazaniu postaci, bo to są najtrudniejsze miejsca – dwa uda, pośladki, szyja, twarz w skręcie itd. - to tworzy niesłychane przejścia brył i czasem nie wiadomo, jak je prawidłowo rozdzielić i pokazać w całym tym świetle, żeby wszystko prawidłowo się przenikało... – Podejrzewam, że to malarze narzucili dostojnikom Kościoła przyzwoitą treść obrazów, oplatając je pewnymi zacienionymi liniami, a potem stało się to już jakąś normą, że widzimy całe nagości na ścianach świętych miejsc. Później był to wręcz obowiązek i nawet zamawiano u malarzy nagie boskie postaci do poszczególnych tytułów dzieł biblijnych, innych - bardzo nagie, co kłóci się z cnotą...

Zbigniew Kresowaty – Jeszcze raz wrócę do „Teatru Rysowania”. Raczej z mych pasji poetyckich bardziej, niż plastycznej profesji. Zainteresowała mnie treść tytułu i pojemność jednego z nich, a mianowicie w „Teatrze nr 21” wystąpił Pan przeciw Beckettowi – Dlaczego ? – Było tam zjadane „Jajo wieczności”...

Franciszek Starowieyski - To jest w ten sposób, że ja niesłychanie sobie cenię rzecz, że w wieku XX zostały dwie rzeczy niesłychanie ważne napisane. Jedna to było „Wzgórze Apolinarego” gdzie było właśnie to o harmonii co mówiłem najsampierw. To był ten „ostatni krzyk tego czasu”, który się kończył, a jednocześnie zaczął ten „czas burzenia”. Ostatni krzyk tamtej epoki, bo jest tam naprawdę bardzo wiele! - A drugi to Beckett, który napisał coś, jakby było już po wszystkim – ten „wyludniacz” jego... niesamowity zresztą.

Zbigniew Kresowaty - U niego jest tak: jakby postaci nie istniały, choć są ukryte i ważniejsza jest sama metafizyka ruchu. Byłem kiedyś na takim Beckettowskim teatrze, gdzie całkowicie zaciemniona sala łącznie z widownią, oglądała jedynie wypowiedziane słowa przez oświetlone usta, które poruszały się w tej ciemności, oświetlone tylko wargi ruchome wypowiadały dykcyjnie słowa i trzeba było treść tekstu odbierać we własnej wyobraźni, patrząc jakby w miejsce ich wyjścia. Czy tak Pan to podobnie czasem interpretuje? Oczywiście to nie jest poezja, to raczej interpretacja bez udziału człowieka – Interpretacja metafizyki tekstem „wyludnionym”.

Franciszek Starowieyski - Nie, nie, nie! – tu nie mówię o interpretacjach, lecz o samym Beckettcie . Miałem okazję poznać Becketta osobiście, jak jeszcze żył. Miałem nawet też robić swoją scenografię do jego sztuki, lecz jakoś do tego nie doszło z kilku powodów. Może zatem w taki pozytywny sposób wystąpiłem przeciw niemu, a właściwie przeciw temu „wyludniaczowi”? Ten utwór „Wyludniacz” Becketta to było jakby po wszystkim , i ja zrobiłem dwa ”Teatry Rysowania” – jeden w Podwolu, drugi w Chicago. Zrobiłem je celowo na temat tego „Wyludniacza” tylko, że jakby obok, gdyż jakbym robił na temat, w tym momencie zaczęłaby się ilustracja - więc trzeba uważać w takich momentach. Mianowicie - nie można ilustrować snu na przykład, bo ilustrowanie snu będzie działało na obrazie tylko ilustracją, a je muszę pokazać metafizykę snu i ja go muszę sam jakby na jawie wyśnić! I on musi powstawać razem z malowidłem. Czy razem z tekstem, który się bierze. A więc, zrobiłem dwa i raptem zauważyłem, że ja tego Becketta zaczynam nienawidzić! - Że jest przeciw ludziom – ¾ tej sztuki, która jest z pogranicza takiego abstrakcyjnego śnienia i surrealizmu, najczęściej przez nieudolność, trochę przez złą wolę, trochę przez małe niskiej klasy myśli, jest przeciwko człowiekowi! To zacząłem dostrzegać u tego autora, że to jest sprawa wysokiej klasy w żadnym wypadku to nie wynikało z braku moich możliwości, z braku umiejętności – Ale, że człowiek był poniżony! – Nie był obdarty ze skóry w chwale, nie był bez nóg, oczów, rąk ale w chwale – on był obdarty z czegoś innego! Bo w momencie, gdy się robi człowieka w chwale można go pozbawić wszystkiego, tak jak święci męczennicy obdarci ze skóry, topieni, soleni, siekani na kawałki itd. Są cały czas dalej świętymi, a nawet świętszymi! – każdy członek jego ciała w tym czasie promieniuje jakąś boskością! I muszę robić jakby podobny zabieg – Jednej rzeczy muszę się w tym momencie strzec, żeby uniknąć co jest groteskowe, bo to groteskowe jest niebezpieczne! - Jest łatwo śmieszne i rzecz, gdy chcę dawać powagę przez niedostatek formy, raptem staje się śmieszna, raptem staje się błaha. To są rzeczy, których ja muszę pracując pilnować i zdawać sobie sprawę , gdy się mówi o prawdziwym szczerym przekazie, co powinno charakteryzować każdego twórcę! Tyle wyreżyserowałem, czyli dwie rzeczy... i trzecią, ale jakby nic z tej trzeciej nie wyszło.

Zbigniew Kresowaty - I jeszcze najważniejszy ten punkt w „Teatrze Rysowania”, a mianowicie – dążę tu uparcie do koła, z którego Pan wychodzi. Bo było „koło zgody”, było „koło z ognia”, jakby przeciwstawne koła sobie, a nałożone jedno na drugie wiadomo, co może to oznaczać. Powstaje żywioł. „Koło było utkane z wszystkich rzeczy, w okole były przyczyny i skutki...” – pisze Borges w „Piśmie Boga”. Czy te zależności bytu wszystkiego, te wizje, to harmonia żywiołu? – czy żywioł może mieć jakąkolwiek harmonię? – Ale gdy wychodzi z koła?

Franciszek Starowieyski - Wszystko już na ten temat powiedziałem przed publicznością – a teraz milczę! Ale jeżeli chodzi o koło – jest ono czystym popisem mistrzostwa. Do zagadnienia koła można zawsze dodawać całą filozofię, ale jest to najczystszy popis mistrzostwa i w każdej dziedzinie sztuki obojętnie z jakiego tworzywa brać. To jest to, jakby na pierwszy rzut oka „COŚ” - Widz, który siedzi na centrum, pierwszy znak – „ja mistrz zaraz się otworzę." Zawsze wszyscy dawali się nabierać na to koło – nie wiem – wszyscy Papieże, inni wielcy i mądrzy – bo jak na przykład przychodził mistrz Michał Anioł i rysował z wolnej ręki koło to na przykład Papieża zatykało – te wszystkie punkty biegnące obok siebie tworząc nieomylną linię w przestrzeni która zamyka się w jedno. Nie tylko on Papież zresztą – wszyscy inni możni tego świata dawali się na to koło „nabrać” - mówię to w cudzysłowiu!

Zbigniew Kresowaty - Idzie nowy czas, okrągłe cyfry – zadaję to pytanie wszystkim wybitnym osobom, które mają ze sobą jakieś wartościowe doświadczenia, którzy coś dokonali i mogą w obliczu tego nowego czasu coś skonfrontować, coś uzmysłowić? – Czy Pan pokusi się o taką sugestię? Bardzo proszę, choć w tej rozmowie padło już wiele ciekawych spostrzeżeń. Ale może jest coś jeszcze?

Franciszek Starowieyski - Zawsze atmosfery jubileuszu, atmosfera czegoś ważnego, czegoś ważniejszego – to zawsze działa i nie można od tego odejść jak od czasu – on płynie, tworzy ? Bo ja wiem , co jeszcze może powstać ? – nie wiem ! stać przed niewiadomym wciąż – to co najlepsze ! i najciekawsze? Nie wiem – co jeszcze zrobię , różnie dziś pracuję i ciężko nawet, ostatnio i wolno przede wszystkim, być może to czas zastanowienia? – Nie wiem doprawdy. W Poznaniu teraz wystawiłem cztery „Teatry Rysowania” – zmasowane takie, jeden na drugim. Wyszło to bardzo imponująco – a co jeszcze ? – nie wiem! Naprawdę – praca...

Zbigniew Kresowaty - A może coś w stronę polityki – w tym przesłaniu może ma Pan choć jedno zdanie – może takie „wybitne” jakieś od siebie wybitnego artysty, którego głos liczy się zawsze. Bo przecież prosi się Pana, jako eksperta, do przeróżnych stron nie tylko artystycznej, żeby mógł Pan odwrócić tę powszechność w kierunku sztuki – co Pan by najogólniej znalazł jeszcze? Bardzo proszę, nasze pismo jest niezależne i sprawiedliwe, bo pomieszcza wielki niezależny zakres zagadnień i osobowości. Każdy z nas ma jakieś własne wyrobione zdanie na to co nas otacza. A Pan ?

Franciszek Starowieyski - Jeżeli jest Sejm i w tym Sejmie siedzi 460-ciu „baranów bożych” gapi się na byle jak starannie powieszoną flagę Państwa, byle jak starannie powieszonego orła własnego Godła, na zielonej ścianie – to przecież ci ludzie siłą rzeczy muszą mięć małe własne kłótliwe myśli! Myśli nie dyskusyjne, lecz kłótliwe! Wielkie okresy miały wielką sztukę, a tutaj mały okres nie ma sztuki. - Ja to mówię dygresyjnie – kto ma intuicję zawsze zrozumie. /tu odbiera telefon od żony, która informuje o powrocie do domu jutro z podróży/. A co znaczy „byle jak starannie”. No! – to jest bardzo ważna rzecz i tu cały szereg ważnych myśli się w tym miejscu pojawia. Jak jest „byle jak starannie„ – to nawet przypadek zmiętej flagi, krzywego orła, któremu gdzieś jedno skrzydło uciekło w górę lewe, innym razem prawe, nie zmieni tej żadnej harmonii, właśnie tej harmonii o której mówiliśmy, czyli o tej harmonii, która jest o niczym. I tak „byle jak starannie” jest to rzecz, która wręcz zagraża naszej cywilizacji, z czego ludzie żyjący w świecie napisanym i w świecie słowa nie będą w stanie zrozumieć nic! – tylko, że tamten ich świat jest bardzo łatwy. Nasz świat jest bardzo trudny, bo nie da się go skodyfikować – bo tu się nie da kodyfikować co jest jakąś prawdą i karać – będzie zaraz odpowiedź: „O gustach się nie dyskutuje„ – ale temu trzeba by dodać: iter pares – jeżeli równy mi człowiek ma inny gust – znaczy, że jest inny gust! – Jeżeli człowiek niżej ma inny gust – to nie jest gust nad którym można dyskutować! – On może tylko przez przypadek się omylić – Ale tylko przez przypadek ! Innej możliwości nie ma! Kiedy na przykład plastycy, czy artyści nie mają wpływu na obraz miasta, czy architekci z prawdziwego zdarzenia, a rządzi tym jakby sam przypadek, czy biurokratyczne układziki – to wydaje się być sprawą dość prostą – Jeżeli był mój pradziad Biliński, ten od którego jest ulica Marszałkowska, który zbudował piękny, pierwszy rococcowy pałac na świecie, ten który wyszukał sobie dobrego architekta młodego w Paryżu nazwiskiem Messoni, a który potem stworzył epokę sztuki – to przecież było wiadomo na pewno, że ten określony człowiek miał określony gust i że pradziad z panem Messoni mógł dyskutować wciąż jak to ma wyglądać! A tu przychodzi Pan, który reprezentuje kapitał „X” z Banku „Y”, zwroty finansowe „XY”, u siebie ma na ścianach parę kiczów i on teraz temu architektowi będzie mówił „mi się podoba...” – Czy Pan wie, że nie ma kodeksu karnego, który by mógł określić, że tu popełnia się przestępstwo ? Bo gdybym ja poszedł do chirurga, który kraje i mówił – nie! Panie Profesorze – ja to tutaj bym ciął itp. itd. I zacząłbym ciąć, to by mnie zamknęli – nie jako dyktatora, niefachowca, lecz jako nienormalnego człowieka! – A tutaj dyktują gust ludzie, którzy są poniżej nawet mojej wiedzy w medycynie – Jakieś układy, bezguście i kicz, a jedynie gra pieniędzy!? I to jest przerażające! Nikt, zupełnie nikt, nie zwraca uwagi na to – nie ma na to żadnego kodeksu prawnego. Ale jak to zrobić? Przecież „ON” się będzie upierał, że on ma właśnie dobry gust, a gdy zachodzi się do niego, do domu, gdzie niby widać jego duszę – a tam wisi kicz z Rynku Starego Miasta, do tego egipska kanapa i parę temu podobnych paskudztw... Dlatego on ma gust lepszy od architekta wnętrz, bo on sobie sam będzie urządzał dopowiadając, „że nie będzie wyrzucał na głupstwa pieniędzy”... I póki to się dzieje w jego prywatnym domu to jest dobrze, chociaż też nie bardzo ma prawo, gdyż przyjmuje różnych ludzi. A to się udziela i to się decyduje w sprawach wielkich finansów i gdy ci przychodzą do jego domu załatwić sprawy i teraz w tym obrzydlistwie, w tym jego domu, znowu będą mieli swoje małe myśli i będą się jakoś podświadomie z nim utożsamiać – i tak to idzie, podaj dalej... Czyli, że nawet urządzenie sobie takiego domu jest ważne, a gdy jest dysydentem powinien odpowiadać. A nie ma możliwości stworzenia prawa, czy kodeksu, nawet o koncepcji tu nie ma mowy. Jedyne prawo, jakie jest w sztuce, to są prawa autorskie. Czasem są to bez porównania ważniejsze rzeczy – W Anglii pod koniec XVII wieku, zegarmistrzostwo doszło do szczytów mistrzostwa, gdyż najpierw w połowie XVII wieku istniał przepis, że członkowie CLUBU MECE COMPANY mogli chodzić po domach i sprawdzać, czy jakieś zegary są dobre... A jak był jakiś niefachowo wykonany, mieli prawo go rozbić młotkiem. Było to uzurpatorskie, dyktatorskie, ale to było pewną dyscypliną, która trzymała dane fachy! I prowadziło to po czasie do jakiegoś poziomu. Znane są inne rzeczy tego typu i koncepcje, które określały jasno rzecz. A tutaj nikt sobie nie zdaje sprawy, jak w tej wielkiej skali makro wpływ na nasze ludzkie myślenie, na funkcjonowanie ludzkości, ma ta cała uroda otoczenia. To jest ważne, ale jak dotąd niezauważalne i dużo by jeszcze o tym mówić.... dużo...

Zbigniew Kresowaty - Bardzo dziękuję Panu za tak szeroko pojęciową rozmowę, uzmysłowienie pewnych „niezauważalnych” faktów i rzeczy. Gdy wszystko jest w biegu, pewnie sztuka ludzi zatrzymuje? Dziękuję za tyle ciekawych rzeczy, która pewnie nie zostały jeszcze wyczerpane do końca, choć starałem się zachęcać Pana wszechstronnie, to jednak mamy jakiś określony czas dla tego spotkania, które moim zdaniem było bardzo ciekawe. Dziękuję za przyjęcie mnie we własnej pracowni, wśród tak szerokiej pięknej i twórczej scenerii. Życzę wielu ciekawych realizacji, na które będziemy czekać. Kto wie co jeszcze czeka artystów.

Franciszek Starowieyski - I ja dziękuję i pozdrawiam serdecznie czytelników i Redaktora Naczelnego. Również życzę wiele na ten 2000 rok.

Zbigniew Kresowaty - Dziękuję serdecznie.

Rozmawiał: Zbigniew Kresowaty, 2000.

 
TAG: Guilliaume Apollinaire retro surrealizm
 
 
 
   Komentarze: 106
   
   
Nie ten Jerofiejew... Nie ta Polska...
7 grudnia 2008 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

Spotkanie w kawiarni Czytelnika na ul. Wiejskiej 5 grudnia z rosyjskim pisarzem Wiktorem Jerofiejewem
( nie mylić z Wienediktem) z okazji wydania w Polszy jego knigi Rosyjska Apokalipsa. Zapis niewierny wzbogacony i okraszony skrawkami refleksji autorskich.
Wiktor Jerofiejew- pan koło 50-tki o rysach kulturalnych z inteligencją w oku
Starszy Pan- Starszy Pan na oko 60 lat
Redaktor Wiadomości literackich- w garniturze, elegancki
Reszta sali średnia wieku około 60 lat. Wyjątkiem jest dwóch albo trzech panów powyżej 40-tki.
Tony Halik- albo ktoś go żywo przypominający, łysiejący siwy około 60-tki.
Neptyczny i Marta Górska

Starszy Pan: Mówi się, że jest pan postmodernistą. Co pan o tym sądzi? Czy uważa się pan za postmodernistę? Jeżeli tak to dlaczego?
Jerofiejew: (pijąc piwo) Pisarz programowo powinien nie mieć żadnego programu. Nasz postmodernizm polega z grubsza na czym innym niż postmodernizm francuski czy amerykański. My musimy oczyścić wszystkie słowa, które zostały u nas przekłamane. Pokazać, że są to obecnie słowa martwe.
Starszy Pan: A co pan sądzi o współczesnej roli pisarza?
Jerofiejew: Współczesny pisarz nie może być pisarzem nacjonalistycznym, etnicznym. Powinien mieć co najmniej dwie a może i trzy kultury do których się odnosi jeżeli chce być czytany i rozumiany wszędzie. Jeżeli nie chce być pisarzem prowincjonalnym. Kultury są jak lustra. Jeśli ma się przynajmniej dwa, to można tworzyć multiplikacje. Ukraińcy doszli niedawno do wniosku, że Gogol był pisarzem ukraińskim bo tam się urodził, choć tworzył po rosyjsku. A Martwe Dusze, które zna każdy Rosjanin zostały napisane z premedytacją, żeby odegrać się za krzywdy uczynione przez Rosjan Ukraińcom.
Redaktor Wiadomości Literackich: Jak Pan widzi kwestię stosunków polsko- rosyjskich? Ostatnio coś tam... coś tam... w jednej z gazet napisano, że młodzi Rosjanie określają Polaków dosadnymi epitetami. Jeden z nich miał powiedzieć, że Polacy lubią być męczennikami...
Jerofiejew: Polska jest dla mnie wzorem kultury jewropejskiej o dużym wyrafinowaniu intelektualnym. Wasi krytycy, wasza literatura, kino... W latach 60-tych czytaliśmy po polsku Przekrój i inne wasze gazety. Niestety dzisiaj wiedza Rosjan o Polsce jest w zaniku. Kiedyś w Rosji było w dobrym tonie mieć babkę Polkę.
Polki to było dla nas Rosjan ucieleśnienie seksualności, inteligencji i powabu. A teraz faszyści w Rosji paradują po Moskwie ze sztandarami i nawet wciągnęli mnie na swoją czarną listę.
Redaktor Wiadomości Literackich: A widział Pan film Rok 1612?
Jerofiejew: Mój przyjaciel pisarz Grisza powiedział, żebym nie oglądał.
Tłumacz: To może ja zacytuję coś z ostatniej pańskiej książki- Rosyjskiej Apokalipsy.... Mężczyźni z natury bywają mniej mężami, niż kobiety żonami... Wiemy, że jest pan skandalistą w swoim kraju.

Staruszki z pierwszego rzędu zaczynają robić bokami.

Jerofiejew: Kiedy wydałem w ZSRR mój pierwszy esej na temat Markiza de Sade na dwieście recenzji nie dostał ani jednej pozytywnej. 10 lat temu moją powieść Rosyjska Piękność okrzyknięto pornografią i drukarze nie chcieli jej drukować. Jednak na spotkaniu w Holandii młoda dziewczyna zadała mi pytanie: Dlaczego w tej książce nie ma ani jednego opisu aktu seksualnego. Staram się, żeby moje książki nie były skandaliczne.
To co napisał Orwell o systemie i reżimie totalitarnym w dawnym związku radzieckim nadaje się tylko dla małych dzieci. Kiedy zostałem zakazany w ZSSR i wyrzucono mnie ze związku literatów akurat w telewizji leciał program w którym opowiadałem o Rabelaisem. I nasi pisarze oglądali ten program w związku literatów na jednym z niewielu kolorowych telewizorów przecierając oczy ze zdumienia. Sądzili być może, że partia zdążyła mnie już zrehabilitować i wróciłem szybko do łask aparatu.

"Śmiech na sali!"

Tony Halik z końca sali: A wiecie co o tym powiedział Bronisław Malinowski w książce Seksualne Życie dzikich?
Starszy pan:(podpierając łokciem opadającą twarz) Widziałem program Apokryf, który pan prowadzi w pierwszym kanale rosyjskiej telewizji. Młodzi ludzie, którzy się w nim wypowiadali zrobili na mnie duże wrażenie bo podpierali się czymś... I to było piękne. Nie mówili od siebie, tylko potrafili się podeprzeć literaturą, historią... coś tam... coś tam

Neptyczny przestaje się podpierać ręką, szybko wstaje, żeby nie podpierać ciała krzesłem.
Górska uśmiechnęła się niewinnie obniżając znacząco średnią wieku na sali z 60 do 59 koma trzy.

Starszy pan: (wstaje z krzesła i zaczyna się miotać) Coś tam... Coś tam... mnie rozrywa od środka. Coś tam... Coś tam miota mną we mnie.. Podpieram się... Wypieram się... Nie mogę się wyprzeć swojskości i wzajemności. Muszę się podpierać chociaż nie jestem już młody. Muszę się podcierać papierem biało- czerwonym na którym napisano drukowanymi literami, że patriotyzm to nie jest nacjonalizm, a Polak to bohater, nie męczennik.
Chór staruchów: A oni siedzą, jakby siedzieli.
A oni siedzą milczkiem jakby siedzieli.
A jednak siedzą w pierwszym rzędzie milczkiem jakby kiwając głowami za innych, którzy za nich mówią.
Jerofiejew: Mam wrażenie, że państwo przechodzicie tutaj swoją własną polską apokalipsę na siedząco, tylko nikt jej jeszcze nie opisał.
Mogę prosić jeszcze jedno piwo?

coś jeszcze na ten temat- wywiad z Jerofiejewem


 
TAG: Kawiarnia Czytelnik Rosyjska Apokalipsa Wiktor Jerofiejew
 
 
 
   Komentarze: 99
   
   
Moskwa Pietuszki- fragment
5 grudnia 2008 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)



fragment poematu Wieniedikta Jerofiejewa Moskaw- Pietuszki z youtube umieszczam jako zapowiedź relacji ze spotkania z innym Jerofiejewem (Wiktorem) pisarzem postmodernistycznym autorem wydanej właśnie w Polsce książki Rosyjska Apokalipsa, które odbyło się dziś 05.12.08 w kawiarni Czytelnika na ul. Wiejskiej w Warszawie.

 
TAG: Jerofiejew Moskwa Pietuszki
 
 
 
   Komentarze: 45
   
   
Poradnik dla pisarza- monady
26 maja 2008 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

Nie od dziś wiadomo, że korbą napędową, chlebem i zarazem solą literackiej sławy są agresywne ataki prasy na książkę i osobę autora- monady .
Bez jadowitych recenzji żaden szanujący się literat nie uzyska stosownego wydźwięku w pudle rezonansowym opinii publicznej. Powiedzmy sobie wprost, monada- pisarz, który chce, aby jego pióro stało się ostre i dotkliwe, musi się liczyć z tym, że koledzy po fachu przejadą się po nim bez pardonu.

Zanim jednak napiszemy naszą wymarzoną książkę, zostanie ona wydana na żer recenzentów i zasłużymy na jakąkolwiek, choćby niewielką wzmiankę maleńkimi literkami na ostatniej stronie podłego szmatławca, trzeba czasem długo i bezowocnie kontemplować czystą biel sufitu, pusty ekran monitora lub kartkę papieru etc.

Ekskluzywne wydawnictwa poradnikowe drukowane na kredowym papierze, oraz wszelkiej maści rubryki, rubikony i rubryczki literackie w poczytnych popołudniówkach i namaszczonych bulwarówkach ochoczo podsuwają pisarzom- monadom bardzo skuteczne obejście tego problemu.

Jeśli ani jedna wzmianka (nawet najmniejszym dostępnym krojem czcionki) o planowanej dopiero, aczkolwiek już 1000 razy napisanej w myślach książce monady- literata, nie ukazała się jeszcze w żadnej, nawet lichej popołudniówce używanej zazwyczaj przez straganiarzy do pakowania ryb.
I nie ma co nawet marzyć o tym, żeby wydana już w myślach książka wzbudziła cień, a choćby i ślad kontrowersji u kogokolwiek poza samym autorem- monadą.
I jeśli wiadomo z całą pewnością graniczącą ze starczym uwiądem, grafomanią i impotencją, że nikt nie zamierza teraz ani nigdy w przyszłości atakować tej napisanej już w myślach tysiąc razy książki, ani tym bardziej osoby autora- monady.

Wtedy przyszłemu pisarzowi, pączkującej monadzie sławy literackiej pozostaje tylko pójść drogą na skróty i zakupić wszystkie dostępne, poczytne, oraz te mniej poczytne, bulwarowe i brukowane na papierze toaletowym pisma, czasopisma, gazety, periodyki akademickie.

Następnie należy w miejscu publicznym, najlepiej na rynku głównym lub w centrum handlowym wyjąć zakupione wcześniej wydawnictwa i zacząć działać niejako od końca.
Bo jeśli Mahomet prasy nie chce przyjść do książki, to książka może i powinna przyjść do Mahometa- czytamy w jednym z popularnych poradników dla literatów.

Czekamy jeszcze chwilę, upewniając się, że ruch w miejscu przez nas wybranym jest odpowiednio natężony. Bierzemy głęboki oddech… Łapiemy w prawą rękę jakąś bulwarówkę, bezpłatny szmatławiec w rodzaju Metra, a w lewą rękę chwytamy coś zbliżonego nakładem. I zaczynamy energicznie atakować się gazetami. Okładamy się nimi po głowie wydając przy tym spektakularne, przewidziane na taką sytuację rytualne okrzyki typu: Och! Ach! Za co? Boli!

Po kilku minutach szybkim rzutem oka sprawdzamy, czy bezprzykładny atak prasy popularnej i bezpłatnej na naszą osobę zrobił jakieś wrażenie na przechodniach.

Niezależnie od efektu jaki wywarliśmy na otoczeniu sięgamy po cięższą kategorię wagową. W ruch idą Dzienniki. Łapiemy w prawą rękę Gazetę Wyborczą nieprzypadkowo otwartą na dziale kulturalnym, a w lewą np. Rzeczpospolitą i znowu okładamy się nimi silnie po głowie, po czole, policzkach, oczach, nosie i ustach, artykułując przy tym spektakularne, rytualne okrzyki, jakie zwykle wydaje pisarz- monada obszczekiwany przez pismaków i żurnalistów.

Aby lepiej przygotować się do werbalnego aspektu naszej demonstracji niektóre poradniki dla monad pisarzy zalecają wcześniejsze obejrzenie filmu przyrodniczego na kasecie VHS dostępnego w sprzedaży wysyłkowej, ukazującego obyczaje godowe guźców i naśladowanie odgłosów przywabiających samice.

Jeśli wokół nas zebrał się już spory tłumek gapiów z rozdziawionymi współczująco gębami, bądź drwiącymi uśmieszkami, sięgamy po tygodniki. Zaczyna się prawdziwy ból, nie musimy już nic udawać. Wszyscy widzą, że to już nie przelewki, że tu wszystko jest na serio i nie ma miejsca na pic. Okładamy się w najlepsze Galą pojękując przy tym głośno.

Na tym etapie naszej demonstracji przez ból zaczyna się nieśmiało przebijać nutka triumfu. Już widzimy w wyobraźni jak nasza książka zaczyna się materializować. Idzie do drukarni, a potem rozwozi się sama do księgarń, gdzie czytelnicy biją się o nią w kilometrowych kolejkach. Musimy jednak stłumić w sobie pierwsze takty wewnętrznego triumfu, bo to mogłoby zepsuć całą spektakularność końcowego efektu i sprowadzić na nas posądzenie o megalomanię, masochizm lub nawet o niezrównoważenie psychiczne.

Przechodzimy do następnej rundy naszego meta-sparingu z IV władzą. Bijemy się po głowie miesięcznikami. Dostarczamy literaturze, czyli mięsu prawdziwej krwi. Składamy na ołtarzu kultury ofiarę z naszej krwi pisarza- monady, bez której nie ma sławy ani żadnych nagród. Nawet tych przyznawanych w podmiejskim domu kultury.

Z całej siły bijemy się w naszą posiniaczoną głowę różnej maści eksperckimi periodykami. W zbyt wydatne trochę mongoidalne czoło tłuczemy się Literaturą na Świecie. Ach! Jakże to boli. Krew zalewa nam oczy, z których lewe jest już podbite. Słaniamy się na nogach, być może padamy na kolana, ale przed wyliczeniem 9 znowu stajemy do nierównego pojedynku z prasą.

Jesteśmy zamroczeni i mamy zaburzone pole widzenia, więc tłum wokół nas gęstnieje podwójnie lub potrójnie. Tylko z najwyższym trudem rozróżniamy okrzyki jakimi gapie podgrzewają nas do walki. Kibice dzielą się na dwa obozy. Jedni skandują okrzyki: Zeszyty Literackie rulez! Zeszyty Literackie to jest potęga! Gdyż akurat okładamy się tym wydawnictwem. Inni krzyczą: Broń się! Ważne!: Nie możemy teraz stracić przytomności i dać się znokautować przed wejściem na ring literackich kwartalników i roczników.
Musimy także przeciągać nieuchronny koniec, aż nadejdą dziennikarze, którzy przeprowadzą z nami na gorąco wywiad o przyczynach bezpardonowego ataku prasy na osobę pisarza- monady.

Jeśli wszystko poszło po naszej myśli sięgamy po najgrubsze i najbardziej akademickie wydawnictwa ciągłe. Waląc się nimi po głowie tracimy przytomność. Widowiskowo padamy na glebę z urazem czaszki i wstrząsem mózgu. Ofiara się dokonała. Odejdźcie w pokoju.

Jutro wszystkie, albo choćby tylko jeden szmatławiec wysmaży na nasz temat dostatecznie długą notatkę w dziale miejskim pt. Szaleniec w centrum handlowym pozbawił się przytomności okładając się gazetami po głowie. Utoruje to drogę do druku naszej napisanej w myślach książce, a nam samym otworzy na oścież wrota do wiecznej sławy.

 
TAG: atak prasy poradnik dla pisarzy sława literacka
 
 
 
   Komentarze: 44
   
   
O wampirach na absurdalnie
13 marca 2008 perorował Beza w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

Przeglądając dziś „Wampiry i wilkołaki” E. Petoi, natknęłam się na następujące fragmenty opisujące walkę z wampirami w Macedonii:

1)„Nieboszczyka wyciągnięto z grobu, polano gorącym olejem, a w pępek wbito mu długi gwóźdź, a po ponownym złożeniu go do trumny został posypany prosem. Wampir wychodząc znowu z grobu, tak długo zbierałby ziarna prosa, że zaskoczyłby go świt.”

2)"Człowiek pochodzący z Sochos zapewnił mnie, że zna kogoś, kto ściągnął wampira do stodoły i zmusił go do liczenia mnóstwa ziaren prosa. Kiedy wampir był zajęty tym zadaniem „sabatini” zaatakowali go i zdołali go przykuć do ściany”

Nie znam się na tym, więc może niech mi ktoś wytłumaczy po co wampir miałby po ziarenku zbierać proso albo je liczyć? Wychodzi na to, że w Macedonii wampirem zostawał tylko zaawansowany głupek wioskowy.

 
 
 
 
   Komentarze: 37
   
   
24 h
3 marca 2008 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

24 hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaah!
czekamy na propozycję 24 wersów ha.....
zasada jest tylko jedna: każdy wyraz na ha może być użyty tylko raz.

heteryczny homik homolukusa hallusem hędożył

Humpty-dumpty haftował hatifnatom himeryczne hardware

heureka! hórem hrupnęła hrapami heroina




 
 
 
 
   Komentarze: 25
   
   
Prawdziwe oblicze George Sand
5 lutego 2008 perorował Neptyczny w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

Niezbadane są ścieżki życia i literatury. Oto wpadła mi w rękę książeczka Grzech Pana Antoniego osławionej George Sand, kochanki Balzaka, Liszta, Musseta i Chopina, znanej również ze skandalicznych i szokujących ówczesne salony zachowań. A właściwie kupiłem ją od menela na bazarze Wolumen za 5 zeta. O Geroge Sand wiemy, że była ekscentryczna jak na swoje czasy, w każdym razie feministki chętnie się do niej przyznają. Chodziła w spodniach, przeklinała, paliła cygara, jeździła po męsku konno i w dodatku miała czelność pisać książki. Napisała ich przynajmniej kilkanaście, z których zdaje się tylko trzy albo cztery zostały przetłumaczone na polski.
Prawdopodobnie dlatego, że romans z Sand zepsuł Chopinowi reputację- hagiografię dobrze zapowiadającego się polskiego geniusza- gruźlika- patrioty. Po rozstaniu z nią zmarł przedwcześnie. Przy okazji roku Chopina publicznie wspomnieli o tym polscy chopinolodzy.
George Sand to literacki pseudonim, naprawdę nazywała się Amantine-Aurore-Lucile Dupin i była córką oficera napoleońskiego spokrewnioną z Augustem II Mocnym.
Sięgając po Grzech... Spodziewałem się chyba trafić na jakieś pikantne kawałki odnoszące się do jej burzliwych romansów. Tymczasem jest to po prostu egzaltowany harlekine okraszony społecznym programem dobroci dla ludu. Pełno w nim wybuchów uczuć bohaterów i bohaterek, które dzisiaj w dobie całkowitego wyzwolenia mogą nas śmieszyć, bądź skłaniać do zastanowienia jak daleko zabrnęliśmy w poszukiwaniu szczęścia. Pojawiają się także elementy powieści gotyckiej- ruiny zamków i zjawy.
Nie wiem, czy to z powodu niewiedzy polskiej tłumaczki na temat budowy i funkcjonowania narządów płciowych znalazły się w książce aluzje seksualne, czy też po prostu język francuski pełen jest takich skojarzeń. Efekt jest komiczny i absurdalny dla nas, którym wszystko się kojarzy, albo może dla nas wychowanych w moralnej obłudzie... A przy okazji wróciło pytanie, czy cokolwiek nas ludzi XXI wieku jeszcze szokuje? Czy nie jest przypadkiem tak, że skandale mają znaczenie i siłę oddziaływania tylko na ludzi epoki, w której się wydarzają.

"Patrzy na rzekę; może i on się boi wzwodu, chociaż ma zwyczaj powtarzać, że to bzdury!
-Tak, proszę pana, to coś niby trąba, co to bywa czasem, jak jest wielka burza. Ale burza przeszła, wzwodu jakoś nie widać.
Nagle rozległ się jakiś ryk, podobny do przeciągłego grzmotu, i zbliżał się z niezmierną szybkością w ich stronę. Emil nie rozumiejąc, skąd pochodzi ten huk, spojrzał na pogodne niebo nad głową, chłopiec jednak zbladł jak płótno.
-Wzwód- krzyknął. Wzwód! Uciekajmy!
Widział ojca, który nie przestając obserwować postępów wzwodu cofał się powoli, w miarę jak woda przybierała w ogrodzie i zalewała całą fabrykę."

George Sand Grzech Pana Antoniego PIW Warszawa 1956

przy okazji polecam wszystkim nietuzinkowy, surrealistyczny film Andrzeja Żuławskiego "Błękitna Nuta" o romansie Sand i Chopina. Daleki od pomnikowo- łzawego Pragnienia Miłości Antczaka, nie epatujący za nadto muzyką kompozytora ukazuje bez make upu 36 h z życia Fryderyka w objęciach George Sand w jej rezydencji w Nohant.
Są tu mało patriotyczne sceny z Chopinem plującym krwią na fortepian, a także surrealistyczne kukiełkowe obsesje na punkcie romansu George jej syna - Maurycego.
W sumie chyba najbardziej nierealna- w duchu romantyzmu- wizja tego słynnego związku dwojga geniuszy. Legenda głosi, że wraz z końcem związku Chopina z Sand skończyła się jego twórczość i postawił na papierze ostatnią nutę, którą George nazwała właśnie "La note bleue".

i jeszcze garść cytatów ilustrujących jakim krwiożerczym wampem musiała być George Sand, skoro pisała takie powieści.

"Gilberta łączyła w sobie cichy rozsądek, dziecinną prostotę i szlachetną odwagę." (Czy cichy rozsądek, to taki co siedzi jak mysz pod miotłą?)
"...Szlachetna dziewczyna była zbyt upojona miłością, by podejrzewać Emila o zarozumiałość i zuchwalstwo.
...Dziewczyna ambitna lub samolubna byłaby przezorniejsza. Postawiłaby twardsze warunki, zanimby wyznała swoją miłość. Nie zgodziłaby się na spotkanie z ukochanym, dopóki tenże nie oświadczy się formalnie o jej rękę. Lecz Gilbercie ani w głowie była podobna przezorność.
...Żywiła w sercu jakieś niebiańskie uczucie, bezgraniczny szacunek i wiarę w słowa ukochanego.
...Ach, drogi przyjacielu, gdybym mógł widywać Gilbertę choć raz na tydzień! Gdybym nie był zhańbiony w oczach jej ojca i wygnany z jej domu, nie straciłbym otuchy ani nadziei...
...Emil, choć usnął z nieco spokojniejszym sercem, dostał w nocy dość silnej gorączki. Człowiek owładnięty duchową rozterką przestaje dbać o siebie i bronić ciało przed chorobą. Nie zdaje sobie sprawy, że jest wycieńczony głodem, nie zważa na to, że zlany potem lub trawiony gorączką wystawia się na wilgoć i chłód. Nie czuje pierwszych symptomów choroby; dopiero kiedy choroba całkowicie nim owładnie, doznaje pewnej ulgi w tym oderwaniu od cierpień duchowych, łudzi się, że nie będzie długo nieszczęśliwy, że umrze raczej, a świadomość, iż nie starczy mu sił na to, aby znosić wieczne cierpienia, już jest pewną dla niego pociechą."


 
TAG: Chopin feministka George Sand Musset
 
 
 
   Komentarze: 33

 
 
 
 
Szukaj
.........................................................
Szukaj
 


blog aktywistów PUZDRA
Magazynu o Zabarwieniu Nadrealnym
 








rss





 

Strona 7/7
____________________________________________
7  
 



design: zalibarek
redagują: neptyczny - za dużo - wunderschwanz - zalibarek


. o nas
  . kontakt


PUZDRO Magazyn o Zabarwieniu Nadrealnym