powrót do strony głównej Bloga
Wszystkie wpisy autora Beza (wpisów: 9)
   
   
Irena
29 sierpnia 2009 perorował Beza w kategorii
Dźwięki (2)

Polecam wszystkim moje najnowsze odkrycie, zespół Irena.

Choć nazwa jest, nie ukrywajmy, mało porywająca to muzyka wprost odwrotnie do niej proporcjonalna. Byłam na dwóch koncertach pod rząd (dwóch pierwszych jakie mieli) i jestem pewna, że spokojnie mogą konkurować z takimi grupami jak Happysad czy Indios Bravos, a niedługo pewnie zaczną doganiać Strachy ba Lachy.

Dodatkowym plusem jest to, że w przerwach na strojenie instrumentów wokalista jest zabawny, co rzadko się zdarza, zwłaszcza na debiutanckich koncertach. Koniecznie posłuchajcie, a jak będziecie mieli okazję uderzajcie na koncert.

http://www.myspace.com/irenapl

 
 
 
 
   Komentarze: 192
   
   
Noc Muzeów na warszawskiej Pradze
19 maja 2009 perorował Beza w kategorii
Knury Kultury (14)

W ramach dokultornienia i Nocy Muzeów wybrałam się na grę miejską po warszawskiej Pradze, organizowanej przez stowarzyszenie Infopraga. Dla niewtajemniczonych — warszawska Praga ma taką opinię jak czarne dzielnice w Stanach.

Jak się okazuje całkiem niesłusznie. W okolicach ul. Ząbkowskiej, Brzeskiej i 11 listopada wiele się zmieniło. Wyrosła nam dzielnica bohemy artystycznej i wielu atrakcji w postaci ludzkiej. Łatwo się domyśleć, że przyczyną takiej lokalizacji była za pewne bliskość Fabryki Wódek Koneser (nie działająca już co prawda, ale na pewno przyciągająca swoimi rozmiarami wyobraźnię).

Gra start. Wraz z moją grupą (ja plus trzy osoby) otrzymaliśmy na wstępie folder do wypełnienia. Mieliśmy zbierać różne podpisy i zgadywać zagadki w galeriach po drodze. Był to świetny sposób na to, żeby zobaczyć jakie fajne rzeczy się dzieją teraz w tej dzielnicy i poznać ludzi. Z tego miejsca pozdrawiam panią z bazaru Różyckiego, która dokarmiła nas pysznymi, ciepłymi pyzami (to prawdziwy altruizm stać w deszczu o 21 wieczorem i dokarmiać ludzi biegających po wystawach).

Kolejnym przystanek nie był już tak uroczy. Dzieci. Dom młodzieży. Każdy rozsądny człowiek wie, że dzieci w liczbie większej niż sztuk dwie to już stado, a stado to zagrożenie. Stanęliśmy na środku jakiejś sali zbici w kupę mamutów, bo nic innego nam nie przychodziło do głowy, a tu trzeba wykonać zadanie i znaleźć wśród tej gromady odpowiednie egzemplarze. Na szczęście wydelegowaliśmy koleżankę, która umie się z tym gatunkiem obchodzić i jakoś nas wyratowała z opresji.

Biegniemy dalej, bo na 22:30 mamy być w samej Mekce, czyli w Fabryce Wódek. Po drodze na szlaku wspaniała wystawa Żydowskich drzeworytów sztychowych na Ząbkowskiej 36. Jak ktoś będzie miał okazję zobaczyć to zachęcam. Coś pięknego, a robota strasznie żmudna. Przyjemność oglądania była tym większa, że opiekun wystawy był niezwykle miłym człowiekiem, który z przyjemnością opowiadał o wystawie i w dodatku bardzo interesująco, co rzadko się zdarza. Oprócz tego najedliśmy się najlepszych krówek w mieście (podziękowania dla miasta, fundatora krówek).

Bardzo klimatyczne galerie to również Klitka i DaDa (ta ostatnia to szczególnie dla koleżanek — śliczna biżuteria). Ciekawe obrazy w ARTtu i już jesteśmy na ostatniej prostej gdyż nadeszła godzina 22:30. Uczestnicy zebrali się tłumnie, choć może bez przesady, ale ten kto grał to przyszedł robić tłok, przy Koneserze.

Zagadką było spisać niepokojące dźwięki. Stoimy i słuchamy dzielnie. Nic. Minęło trochę czasu. Nic. Ale coś wibruje irytująco, coś jakby... rozglądam się, a tam stoi młodzian blondasek z zażenowaniem lekkim obsługujący coś na kształt wibratora. Zestresowany i nieco spurpurowiały przyuważył nagle, że przyrząd się zepsuł. Wyszedł na to zza winkla kolega tego wtórujący mu na dzwoneczku, wyglądający nieco jak Jim Morrison. Myślę „Ha, mamy ich. To na pewno oni są niepokojącymi dźwiękami”. Spisaliśmy ich lecimy dalej.

Wylądowaliśmy ma ul. 11 listopada w zagłębiu niedużych, ale bardzo godnych uwagi klubów. Tam (konkretnie nie w klubach tylko obok) odnaleźliśmy najfajniejszych chłopaków na Pradze — [v]iuro. Teraz będzie reklama: robią bardzo fajne rzeczy, są wyluzowaniu i zakręceni. Wskoczcie na ich stronkę: http://vlepvnet.bzzz.net/ No to puzdro chłopaki.
Wychodzimy na podwórko, a tu na dole znowu czeka nas Morrison i knuje jak nic, bo już kolejne zadanie się zbliża.

Oprócz trasy gry odwiedziliśmy jeszcze kilka malutkich galerii, pobiegaliśmy sobie po Pradze, klimat artystycznego zagłębia nie z tej epoki. Polecam.

http://www.infopraga.com.pl/STRONA_GLOWNA.html

 
 
 
 
   Komentarze: 158
   
   
Filozofia z autobusu
9 grudnia 2008 perorował Beza w kategorii
Wzorzec Absurdu (58)

Wczoraj w autobusie dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat ludzkości. Informacje te tak mnie poraziły, że postanowiła się niezwłocznie nimi podzielić.

Zasiadła sobie w środku komunikacji miejskiej. Za mną na ostatnich łączonych pięciu siedzeniach rozłożyło się dwóch, jak się w toku rozmowy okazało, inteligentów. Widać mieli, jak to się często teraz zdarza, poważne problemy z jądrami, gdyż rozkraczyli się na wszystkie dostępne siedzenia (czyli jak wspomniałam 5) i nosili popularne, być może rehabilitacyjne, wory zamiast spodni, których krok miotał się po podłodze prawie. A w autobusie oczywiście tłok, ścisk i wszystko co w godzinach szczytu, czyli obecnie w Warszawie to już o każdej porze dnia i nocy.

Filozofia jednak wymaga ofiar, a to niewątpliwie było dwóch filozofów. Pierwszy był z tego co zaobserwowałam mędrcem w stylu Sokratesa (pytał i konkludował), drugi był uczniem (przytakiwał):

Mędrzec: Doszedłem do wniosku, że nałogi nie istnieją k... a wiesz czemu?
Uczeń: Nie.
Mędrzec: To wszystko ściema. Idziesz do laski i ona ci obciąga, i jest fajnie tak?
Uczeń: No.
M.:I to jest nałóg k...?
U.: No nie.
M.: No widzisz k... a jak weźmiesz kwasa to fajnie ci?
U.: No
M.: To czemu niby to nałóg?
U.: Bo się umiera.
M.: Ale jak ci dobrze ciągnie to możesz mieć zawał k...
U.: No tak.
M.: Te nałogi niby są wmówione k... żeby nie było zajebiście k... bo co niby, jak chcesz to przestaniesz, ale nie chcesz, bo k... chcesz, żeby ci nikt nie ciągnął?
U.: No nie.

Oczywiście nadmienię, że filozofia nie zakłada objawienia prawd nielicznym i to dyskretnie. Współczesne jej wydanie domaga się głoszenia dobrej nowiny na całym dostępnym terenie, czyli w tym wypadku słyszał cały autobus. I tak dowiedzieliśmy się wszyscy o istocie człowieczeństwa:

M.: A wiesz czym człowiek różni się od zwierząt?
U.: yyyyyy...
M.: Bo człowiek nie je gówna stary. Bo co, bo jesz niby?
U.: Nie.
M.: Bo to wrodzone człowiekowi to niejedzenie gówna. Nikt nie mówi dziecku nie jedz gówna, bo nie wolno.
U.: No tak.
M.: A jakby mama ci powiedziała jak byłeś mały: masz synku łyżeczkę zjedz gówno, to zjadłbyś?
U.: No nie.
M.: No jasne, że byś nie zjadł, ja też bym nie zjadł, bo nie jestem zwierzęciem.

To niestety była ostatnia zasłyszana przeze mnie konkluzja, ponieważ mędrzec i uczeń wysiedli.

 
 
 
 
   Komentarze: 117
   
   
Akademicka rzeczywistość
24 listopada 2008 perorował Beza w kategorii
Wzorzec Absurdu (58)

Na początku roku akademickiego, jakby wcześniej nie można było, zaczęto wprawiać okna na najwyższym piętrze Wydziału Polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Dygresja historyczna:

Dzieje okien na tym ostatnim trzecim piętrze mają swoją historię. Przez wiele lat ubiegano się o to, żeby je wstawić, ponieważ to nic miłego wchodzić rano do takiej sali, siedzieć w niej bez dostępu do światła i wychodzić, kiedy już jest ciemno. Możliwe, że dlatego właśnie najwięcej studentów zainteresowanych literaturą w ogóle po roku zajęć na trzecim piętrze skłaniała się przeważnie w stronę dekadentyzmu lub innych modernistycznych wynalazków, a w najlepszym wypadku — egzystencjalizmu.

Argumentem przeciw oknom było to, że podobno psułyby one wygląd skarpy nad Wisłą i tak to trwało, a liczba degeneratów literackich rosła.

Zapewne więc w trosce o nasze zdrowie psychiczne konserwator zabytków wyraził ostatecznie zgodę na wprawienie okien ku naszemu ogólnemu szczęściu.

I kiedy dziś rano przyszłam na uczelnię, wjechałam na to legendarne wręcz trzecie piętro i weszłam do sali (a nadmienię jeszcze, że sala ta jest wielkości łazienki i to standardowej, a nie pałacowej) okna już tam były.

Chcieliśmy je oczywiście wypróbować, w końcu po coś są. Nad wszystkim jednak czuwa opatrzność, a raczej nad tym, żebyśmy nie zachłysnęli się szczęściem absolutnym. Do sali, tudzież łazienki bez wanny, wpadła pani woźna krzycząc „Nieeee!!! Nie otwierać okien, bo się nie da zamknąć.”

Okazało się, że nowe okna można otworzyć z sali, ale żeby je zamknąć trzeba wejść na dach.


 
 
 
 
   Komentarze: 42
   
   
O wampirach na absurdalnie
13 marca 2008 perorował Beza w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)

Przeglądając dziś „Wampiry i wilkołaki” E. Petoi, natknęłam się na następujące fragmenty opisujące walkę z wampirami w Macedonii:

1)„Nieboszczyka wyciągnięto z grobu, polano gorącym olejem, a w pępek wbito mu długi gwóźdź, a po ponownym złożeniu go do trumny został posypany prosem. Wampir wychodząc znowu z grobu, tak długo zbierałby ziarna prosa, że zaskoczyłby go świt.”

2)"Człowiek pochodzący z Sochos zapewnił mnie, że zna kogoś, kto ściągnął wampira do stodoły i zmusił go do liczenia mnóstwa ziaren prosa. Kiedy wampir był zajęty tym zadaniem „sabatini” zaatakowali go i zdołali go przykuć do ściany”

Nie znam się na tym, więc może niech mi ktoś wytłumaczy po co wampir miałby po ziarenku zbierać proso albo je liczyć? Wychodzi na to, że w Macedonii wampirem zostawał tylko zaawansowany głupek wioskowy.

 
 
 
 
   Komentarze: 37
   
   
O Kaziu
4 lutego 2008 perorował Beza w kategorii
Kawiarnia Literacka (53)


Od pewnego czasu Rysia była niespokojna. Czuła jakby ktoś zakłócał jej sen, jakby coś miało do niej pretensję i domagało się miliona rzeczy na raz. Po tygodniu takich ekscesów postanowiła powiadomić o tym swego męża Stanisława. Tym bardziej, iż obawiała się, że stan jej przechodzi w chroniczną schizofrenię.

Początkowo zaczęła słyszeć głosy w swej głowie, następnie we wnętrznościach, a ściślej w okolicach brzucha. Po dwóch tygodniach budziła się w nocy i wysłuchiwała „suma kątów trójkąta ma 180 stopni” dochodzące z jej brzucha i maszerujące w górę do mózgu.

Była zła na Stanisława, który nie słyszał tych głosów i tylko sprowadzał nowych psychiatrów, którzy odwoływali się do ciężkich przeżyć z dzieciństwa Rysi, których ta nie miała, więc sztab poprzestał na pokrętnych wyjaśnieniach, że to kwestia imienia. Stanisław wzywał egzorcystów i wróżów, którzy wyganiali z niej duchy, bezskutecznie zresztą, ale za bardzo skuteczne pieniądze.

Jelita cienkie mogą mieć nawet do 5 metrów” dolatywało w tym czasie z brzucha Rysi. Po trzecim tygodniu brzuch zaczął recytować łacińskie przysłowia i całe poematy z różnych epok w nieznanych językach, wykładać teorie naukowe z dziedziny fizyki, chemii, genetyki. Zdawało się, że nie śpi, nic nie robi, tylko domagał się coraz większych porcji jedzenia, które zresztą szczegółowo określał, a jeśli dostał niedokładnie to, czego sobie zażyczył lub nadmiar tego, co sobie zażyczył urządzał brewerie i wyrzucał z siebie resztki przez otwór gębowy Rysi.

Tego było za wiele, trzeba było działać.

Nie można żyć z brzuchem, który żyje własnym życiem. Rysia ruszyła na obchód po lekarzach: neurologach, chirurgach, internistach, urologach itp. zatrzymała się u ginekologa, który oznajmił, że głosy to na pewno stres związany z ciążą. Rysia była w szoku nie mogła uwierzyć, że to o to chodzi.

- Ale czy ten płód ("embrion, z naukowego punktu widzenia jestem embrionem" – pouczał ja z wnętrza embrion) - przepraszam embrion mówi, że jest embrionem, nie nauczył się zbyt szybko mówić?

- Aha, to bardzo ciekawe – spojrzał na nią z politowaniem ginekolog ignorując zadane pytanie – to stres z powodu nieoczekiwanej ciąży. Jak tylko pani urodzi to wszystko przejdzie. jednak na wszelki wypadek proszę pozostać w stałym kontakcie z psychiatrą. Embriony nie wiedzą, że są embrionami i nie mówią. ("bzdura, powiedz mu, że skąd może wiedzieć, kretyn! Jeśli był najsprytniejszym plemnikiem w stadzie to nie chciałbym poznać pozostałych. Tracimy tu czas, chcę loda czekoladowego w czekoladowej polewie z kruszonką i grzybkiem marynowanym. Wychodzimy" – nawijał embrion).

Jeżeli nawet zdarzyłaby się sytuacja, że embrion by nie mówił, to nie sposób było nazywać go po prostu embrionem. Zwołała naradę rodzinną, w skład której weszła ona, Stanisław i embrion. Po długich i intensywnych rozważaniach przerywanych dywagacjami embriona na tematy mistyki imion, doświadczeń genetycznych i ogólnej głupoty ludzkiej, doszli do wniosku, że od tego momentu embrion ma na imię Kazimierz, ale dopuszczalne jest nazywanie go Kaziem (jakkolwiek Kazio uważał, że to głupie).

Embrion Kazio w wieku prenatalnym sześciomiesięcznym mówił wszystkimi europejskimi językami i już zaczynał kojarzyć niektóre narzecza afrykańskie. Był jedynym płodem rozumiejącym teorię względności i mówiącym o tym, czego Rysia miała serdecznie dość. Czuła, że w przeciągu całej swojej edukacji od przedszkola do uzyskania mgr przed nazwiskiem nie nauczyła się na siłę tyle, co podczas ciągłych wywodów brzusznych swego potomka. Niemal nienawidziła Stanisława za to, że nie musi słuchać tych ciągłych wykładów, ale pocieszała się myślą, że ona jest już przygotowana na niezwykłość jaką nosi w sobie, a Stanisław dopiero się przekona, oj przekona się on za trzy miesiące…

Poród przyjęła jak zbawienie. Chciała się pozbyć Kazia ze swoich wnętrzności i po 9 miesiącach wreszcie nie słyszeć głosów. Miała szczęście, że Kazio był na tyle rozsądny, że urodził się w miarę szybko. Kiedy usłyszała spomiędzy swoich nóg komunikat lekarza główkę widać nastała niepokojąca cisza. Poczym odezwał się znany jej dobrze głos:

- Nooo nareszcie jestem człowiekiem. Czy może ktoś mnie wyjąć? Jestem i tak wycieńczony, wiecie jak trudno przebija się głową wszelkie organy znajdujące się pomiędzy macicą a światem poza organizmem?

Lekarze i pielęgniarki nie pomdleli tylko dlatego, że byli zbyt zaskoczeni i każde myślało, że to sen. Jedynym, który zemdlał przepisowo był Stanisław, ale nikt tego nie zauważył. Rysia triumfowała. Po raz pierwszy czuła wdzięczność dla swojego syna Kazimierza za to, że się odezwał.

- Nie no, nie bądź głupi – odezwał się znowu do lekarza, który podał go matce – nie mogę z pełną świadomością lizać piersi własnej matki. To dla nas obydwojga nie do końca komfortowa sytuacja.

Kazio był karmiony butelką.

Stanisław przestał dogadywać się z Kaziem już pierwszego dnia po jego narodzinach. Brał nadgodziny, czekał aż syn zaśnie, żeby wrócić do domu. Nie chciał z nim rozmawiać, bo uważał, że to nienaturalne, żeby niemowlak komunikował, że będzie robił siku i żeby go zanieść gdzie trzeba, nie wspominając już o innych zdolnościach. Pewnego dnia Stanisław po prostu nie wrócił, a z czasem nie wracanie Stanisława przeszło w normalny stan rzeczy.

Rysia czuła wdzięczność dla syna za to, że śpi normalnie, nie płacze, mówi, że chce jeść, czyta książki i rozmawia. Wiedziała jednak, że większość ludzi nie dorasta poziomem intelektualnym do niego.

Zaczęła więc wozić go na uniwersytet. Wydrukowała mu plan zajęć i wykładów. Po miesiącu Kazio był sensacją ogólnokrajową. Codziennie dzwonili do niego uczeni w ważnych sprawach, jeździł na sympozja, wygłaszał odczyty. W wieku roku miał już doktora honoris causa na Oxfordzie, Sorbonie i Harwardzie. Był sławą.

Jednocześnie przyjął na siebie obowiązki pana domu, gdyż w głębi duszy czuł się odpowiedzialny za samotność matki, niepotrzebnie wprawdzie, ale jednak. Dzięki niemu spotykała się z ludźmi, rozmawiała, śmiała się, jeździła z nim na różne naukowe wyjazdy. Jednak, mimo doskonałej znajomości psychologii Kazio czuł się trochę winny. Dlatego odkąd tylko zaczął chodzić robił drobne zakupy i pomagał w domu jak tylko mógł, czyli starał się nie śmiecić, pozwalał matce spać dłużej i poczuwał się do roli mężczyzny w domu, czyli odbierał telefony i zamawiał naprawy kranów.

Rysia rzeczywiście odżyła. Czuła się wyjątkowo młodo odkąd odszedł Stanisław. Wyszła za niego tylko dlatego, że była pijana jak ją prosił o rękę, a potem było jej głupio się rozmyślić i od tego momentu czuła się stara, miała wrażenie, że nic ekscytującego ją już nie spotka. Tymczasem syn, dorosły od początku, odmładzał ją swoją wewnętrzną starością.

W wieku lat dwóch Kazio pisał przez nikogo nie rozumiane książki naukowe, przeczytał WSZYSTKO, co zostało napisane i nie miał już z kim rozmawiać, bo nikt nie wiedział o czym on właściwie mówi. Jedyną osobą, z którą czasem dało się pogadać był pan Stefan z warzywniaka, który nawet jak nie rozumiał Kazia kupującego u niego przez godzinę odpowiedni gatunek marchewki, wspierającego się dysertacjami na temat przetworzonej chemicznie żywności, czuł do małego geniusza rodzaj litościwej sympatii.

- Cześć Kaziu, co tam dziś? Pietruszka, kalafior? A może masz jakieś informacje na temat przechowywania gruszek – zażartował pan Stefan
- Eeee... – jęknął smutnie Kazio
- Co się dzieje? – podał mu lizaka, którego Kazio odpakował i zaczął lizać
- Eh, znowu przeżywam ból istnienia i cierpię z powodu ludzkości
- Znowu jakąś pokrętną teorię wymyśliłeś.
- Nie jest pokrętna, trzeba tylko poświęcić chwilę na analizę…

Zanim Kazio zaczął wykładać swoją nową teorię pan Stefan zatkał go kolejnym lizakiem, a Kazio sam zrezygnował z wykładu, który nawet dla profesorów z Japonii był niejasny; dotyczył … właściwie trudno powiedzieć czego, ale chodziło o jakieś techniczne sprawy.

Kazio był nie w sosie.

- Mama powiedziała, że zrobi mi ciasteczka, ale zapomniała kupić cukru waniliowego, więc wysłała mnie do pana. Ciasteczka poprawiają mi nastrój – po chwili namysłu dodał - nie rozumiem jak w Stanisławie, który podaje się za mojego ojca i rości sobie ostatnio jakieś pretensje do mojej wypłaty, mógł znaleźć się taki genialny plemnik jak ja.
- Ja też nie pojmuję – odparł życzliwie sklepikarz.
- Muszę się zająć tą kwestią.
- Nie myślałeś kiedyś o tym, żeby sobie zrobić wolne?
- Jak to? – zamrugał swoimi oczętami dwulatka
- Nie pracować, obejrzeć bajkę i nie zwracać uwagi na jej etymologię.
- Być dzieckiem?
- Właśnie
- Nie zastanawiałem się nad tym. Bycie dzieckiem jakoś zupełnie mnie nie pociąga.
- A szkoda, bo o ile pamiętam jest bardzo ciekawe. Każda rzecz jest nowa, niezwykła i wymagająca zbadania.
- Ale ja znam te rzeczy...
- Nie ma czegoś, czego nie znasz, czego nie wiesz, co chciałbyś poznać, zobaczyć?
- Nie. O niczym takim nie wiem.

Wracając do domu Kazio rozmyślał nad słowami pana Stefana.

Czy rzeczywiście na świecie nie było już nic zaskakującego? Czy kiedykolwiek cokolwiek go coś zaskoczyło? Chyba tylko to, że odkrył po narodzeniu jak wygląda dzień i noc.

I nagle Kazio uświadomił sobie, że wiedział przecież wcześniej, że jest coś takiego jak dzień i noc, ale nigdy tego nie widział. I wie przecież o tylu rzeczach, których też nigdy nie widział, nie doświadczył i zrozumiał, że to, że wie to nic nie znaczy, bo nigdy w życiu nie doświadczy tego wszystkiego, co wie.

Poczuł się jak zagubione dwuletnie dziecko i po raz pierwszy w życiu doświadczył łez.


 
TAG: absurd intelekt literatura absurdalna mini mini rodzina patologiczna szpital psychiatryczny
 
 
 
   Komentarze: 38
   
   
w mojej skrzynce też
25 stycznia 2008 perorował Beza w kategorii
Wzorzec Absurdu (58)


Ja co prawda nie posiadam wymiarowej unijnej skrzynki (nie wiem czy to już przestępstwo, czy mam czas jeszcze zbiec do Argentyny?), ale takie radosne ulotki też otrzymuję. Miałam nawet ochotę zatrudnić się do noszenia węgla, ale mam za mały staż.
 
 
 
 
   Komentarze: 11
   
   
Rozmowa z wydawcą
13 stycznia 2008 perorował Beza w kategorii
Wzorzec Absurdu (58)

Wydawca: Nie no, absolutnie nie możemy Pani wydać.
Początkująca pisarka: Ale czemu?
W.: To literatura politycznie zaangażowana.
Pp.: Ależ w żadnym razie
W.: No tak przejęzyczyłam się, nie zaangażowana, a my wydajemy zaangażowane. To jest dziwne i się nie sprzeda, poza tym nie ma pani żadnych osiągnięć.
Pp.: Jak mam mieć osiągnięcia, skoro wszyscy mówią, że musze publikować, żeby publikować i wydawać, żeby mnie wydawano?
W.: No właśnie tak, następny proszę.
Pp.: Ale chwileczkę
W.: Co znowu?
Pp.: Co się pani nie podoba w tych tekstach?
W.: Eh, są takie mętne i nie równe, poza tym jest pani kobietą i zaraz zajedzie pani w ciąże i będzie pani pisać tylko o ciąży i dzieciach.
Pp.: Ale czemu mam zachodzić w ciążę?!
W.: Taka kolej rzeczy, piękno natury. Następny proszę.
Pp.: Ale zaraz…
W.: (z irytacją) Co jeszcze?!
Pp.: No, ale co się pani nie podobało?
W.: Zbyt proste.
Pp.: Powiedziała pani, że zbyt mętne.
W.: Mętne w swej prostocie. Teraz powieści się nie sprzedają, szukamy krótkich form
Pp.: Ale to są opowiadania.
W.: No to, czy tam odwrotnie. To bez znaczenia.
Pp.: Czytali to państwo chociaż?
W.: Ma pani chwytliwe nazwisko?
Pp.: Nie, ale…
W.: Sypia pani z kimś znanym.
Pp.: Nie
W.: Jest pani lesbijką?
Pp.: Nie
W.: A czy pani jest znanym ukraińskim eseistą?
Pp.: Nie
W.: Znanym indyjskim poetą?
Pp.: Nie
W.: Znaną modelką (zmierzyła ją wzrokiem). Hmm, no tak widać od razu, że nie. Następny proszę.

 
 
 
 
   Komentarze: 23

 
 
 
 
Szukaj
.........................................................
Szukaj
 


blog aktywistów PUZDRA
Magazynu o Zabarwieniu Nadrealnym
 








rss





 

Strona 2/2
____________________________________________
2  
 



design: zalibarek
redagują: neptyczny - za dużo - wunderschwanz - zalibarek


. o nas
  . kontakt


PUZDRO Magazyn o Zabarwieniu Nadrealnym