On i ona, piękni i młodzi. Oboje w nienagannie skrojonych ubraniach z firmowych domów mody - żadna tandeta z Chin, czy z bazaru, wytargowana w pocie czoła od rosyjskiej przekupki. Markową zbroję, w którą wciśnięte jest ich ciało, uzupełniają równie szlachetne siekacze, kły i trzonowce, ukazujące się w pełnym blasku, nienaturalnie rozciągniętym, klaunim uśmiechu. Oczywiście kochają się miłością gorącą i dozgonną, w tych swoich uszytych stylowo kombinezonach, z tymi swoimi kształtnymi ustami pełnymi perłowych ząbków, w tej jednej z najpiękniejszych nowoczesnych metropolii - Warszawie XXI wieku, w ten słoneczny dzień.
Trudno nie odczuwać namiętnych emocji, gdy tak sprzyjające są ku temu warunki. Gdy portfel nabrzmiały afirmacją materialnego świata, wtedy i dusza wyrywa się ku bogatszemu spełnieniu. Poza tym, gdy dentystyczny aspekt ust zadbany, wtedy można strzelać w innych fleszami uśmiechów, bez żenującego zmartwienia, jak ukryć brak górnej piątki. Nie zapominając o pięknych okolicznościach przyrody, w jakie wstawieni są nasi bohaterowie romantyczni: stolica kraju Lecha upstrzona szklanymi wieżowcami, oznakami luksusu, prestiżu oraz cywilizacyjnego postępu. Państwo ludzi ambitnych, zamożnych i otoczonych idealnym architektonicznym sztafażem, bez śladu niedoskonałości najmniejszej. Taki obraz NIE-rzeczywistości, stwarza Ryszard Zatorski w swoim najnowszym filmie "Tylko mnie kochaj", który niedawno gościł na ekranach rodzimych kin.
(C) Andrzej Tomaszewski
Gdyby nie swojsko brzmiące nazwisko reżysera oraz łatwo rozpoznawalny język, którym porozumiewają się filmowe postaci, straciłbym pewność, że to, co widzę, jest niezaprzeczalnie mą ojczyzną. Gdzie podziały się nadające życiu dekadenckiego posmaku, rozwalające się chałupy z ugilaszonymi dziećmi o brudnych łapkach, gdzie te kobiety w ekstrawaganckich kreacjach, żakietach łączonych z dresowymi spodniami i białymi Adadasami? A przede wszystkim, jak śpiewała Danuta Rinn: "Gdzie ci mężczyźni?", jurne polskie samce, kompatybilni z wyżej wymienionymi niewiastami pod względem doboru jedynie słusznego dresiwa?
Ktoś bardziej zorientowany w tajnikach kuchni filmowej, pewnie z lekką dezaprobatą pokiwałby głową nad moimi utyskiwaniami. Wszakże tak wygląda konwencja, tego, co określa się jako komedię romantyczną i czym z założenia produkcja Zatorskiego jest. Pokazujemy "pięknych dwudziestoletnich" po wielu egzystencjalnych komplikacjach, związanych wreszcie ze sobą na resztę życia powojem miłości, trwałym jednak niczym stalowa sztaba. Nikt nie zechciałby przecież oglądać kobiety w okresie menopauzy, paradującej w sportowych cichobiegach i z przerzedzonym włosiem po zbyt wielu ondulacjach, uchwyconej w miłosnym zapamiętaniu z hydraulikiem Zdzisławem, spryskanym potem męskim o wysokim stężeniu byczych feromonów. Jeśli podobne, epatujące szarzyzną przeciętności filmy powstawały, to z pewnością nie były to komedie romantyczne, ale społeczne dramaty. Taka była np. "Kobieta samotna" Agnieszki Holland, rzecz o związku ludzi przytłoczonych znojem rzeczywistości PRLu: listonoszki w średnim wieku oraz rencisty (zagranym przez obecnego polish macho numero uno, czyli Bogusia Lindę).
Czy oznacza to, więc, że u nas niemożliwe są romantyczne uniesienia, bez zakłóceń ze strony iście polskich patologii środowiskowych? Ale secundo : też bez miłości pokazywanej jako skomercjalizowany kwiat USA-ńsko - brazylijski, pachnący zbyt słodkim banałem i zbyt naciąganym optymizmem? W końcu żyjemy w czasie szybkich przemian, w okresie mimo wszystko - wychodzenia z naszej ciemnogrodzkiej jaskini mentalnej, poPRLowskiej ciupy. Myjemy się częściej, używamy niegdyś traktowanych jako zgnilizna kapitalistyczna kosmetyków i innych produktów umilających życie, a w czasach Polski komunistycznej praktycznie niedostępnych. Tak, tak - dotyczy to nawet chłopiąt (patrz "metroseksualni"), ale też przede wszystkim młodego pokolenia naszych rodaków. Powinien się, zatem zmieniać nasz krajobraz wewnętrzny na bardziej tęczowy. Powinniśmy być, więc bardziej zadowoleni. Polska komedia romantyczna w czasach zwiększonej prosperity byłaby, więc kolejnym krokiem do utwierdzenia, że jest lepiej i czujemy się fajniej.
Nie należy jednak wyrzucać z pamięci faktu, że wylęgarnią tego typu kinowego przychówku jest Ameryka, która w świadomości przeciętnego Polaka jest zbyt obficie mlekiem i miodem płynąca. Jak niegdyś, w XIX wieku, Polskę ogarnął szał na francuszczyznę, tak teraz mamy do czynienia z wiatrem wiejącym z Nowego Świata. Schemat gatunkowy kina miłosnego, jakkolwiek naiwny, naszpikowany ludźmi urodziwymi, zadbanymi, w otoczeniu kosztownych przedmiotów (samochody, domy, sklepy itd.), jednak jest skrojony zgodnie z amerykańskimi standardami i jako taki nie razi sztucznością. Polscy twórcy komedii romantycznych zaś zupełnie bezrefleksyjnie podchodzą do rzeczy. Z hitowych zachodnich realizacji bezmyślnie wycinają szablony, które później nijak się mają do naszych swojskich krajowych "wycinanek". I tak powstają hybrydy typu "Tylko mnie kochaj" Zatorskiego, gdzie nie znajdziesz śladu prawdziwości, a za to karmią cię utopijnymi, plastikowymi wizjami Polski - El Dorado. Jak w swojej recenzji filmu, zamieszczonej w "Przekroju", nazwała to Małgorzata Sadowska: "Polską szklanych domów Żeromskiego". Gdyby twórcy kina romantycznego nie byli tak zapatrzeni w stronę Zachodu i nie kalkowali tak dosłownie uroków dostatniego życia zza Oceanu, może dostrzegliby, że specyfika bytowania w naszym kraju znacznie się od niej różni. I może wtedy powstałby scenariusz, który zrodziłby filmy dobre gatunkowo, ale respektujące polskie uwarunkowania, wcale nie chłoszczący totalnym martyrologicznym zdołowaniem: bezrobociem, slumsem itp. Bo nasze kino lubuje się w skrajnościach: albo, chce ci egzystencję przesłodzić (nieudane próbki komedii romantycznych: "Zakochani" Wereśniaka, "Nigdy w życiu" tegoż nieszczęsnego Zatorskiego, "Ja wam pokażę!") albo przechlapać (popularne ostatnimi czasy "kino społecznego udupienia": "Cześć Tereska", "Eddie" itd.). Takim aurea mediocritas , w pewnym stopniu, mogłaby się stać dobrze nakręcona komedia romantyczna, gdzie w odpowiednich proporcjach byłyby dozowane te skrajne elementy, składające się na naszą tutaj obecność: przygnębienie i uduchowienie. Czyli boski spleen made in Poland.
Komedia z miłosną wkładką nie musi przecież równać się żenadzie. W końcu nawet takim ubogim duchowo i umysłowo, zepsutym Amerykanom udało się stworzyć perełki wśród romantycznych wieprzów, jak "Kiedy Harry poznał Sally", czy "Zapomnieć o Paryżu", również z rewelacyjnym Billym Crystalem, facetem o przeciętnej twarzy i dlatego bardziej wiarygodnym. Obawiam się, co prawda, jak na krajową wersję sceny "orgazmu" Meg Ryan, zareagowałyby nasze urocze radio - maryjne dewotki lub posłowie Ligi Polskich Rodzin. Poza tym wyobrażacie sobie nobliwą Danutę Stenkę, z powodu ekstatycznych skurczów namiętności kwiczącą spazmatycznie w barze mlecznym nad żurem i kotletem schabowym? Próbować jednak trzeba, żeby filmowa "miłość po polsku" nie miała zdezelowanej, zaplutej twarzy pana Heńka i jego konkubiny pani Krysi, rodem z PRL - owskiego horroru, ani wyglancowanego pyszczka, uzbrojonego w zębiczny uśmiech "polskiego Brada Pitta", Maćka Zakościelnego z "Tylko mnie kochaj".
|