powrót do strony głównej
     Numer 02 _ Lipiec 2005 - Spis treści -  
    
poprzednia strona
str. 21
nastepna strona
powrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   




 
 
 
 

Zdarzyła mi się i taka przygoda. Pracowałem ja sobie dla potentata prasowego w ramach projektu dużego ogólnopolskiego dziennika. Była nas około setka dziennikarzy, wszyscy skupieni w mobilnej grupie wonnabies, chcących łapać swoją szansę na krótkich dystansach i bez wytchnienia. Przed wypuszczeniem sygnalnego numeru, klapy mózgowe parowały od gotujących się myśli, a pudełka po pizzy dostarczanej z lokalu naprzeciwko, liczono na dziesiątki. W jedną z tamtych białych nocy, gdy domykano dział kultury, zrozumiałem, dlaczego nie zostanę zbawiony. Zresztą, nie tylko ja.

__________

Zakaz zbawienia miał się tyczyć sporej części współpracujących ze mną ludzi mediów. Zadecydowała o tym nie tyle siła wyższa, co niskiej postury osoba pewnego ważnego pana redaktora. Pełnił on zaszczytną funkcję koordynatora naszego projektu, a nazwisko wyrobił sobie na okładkach książek fantastycznonaukowych. Raz nawet czytałem jedną z nich. Bohaterem był reporter pracujący dla dużego koncernu prasowego nad projektem ogólnopolskiego dziennika. Przez blisko 300 gęstych stron, bardziej mulistych, niż parzona po turecku kawa od pani sprzątaczki z parteru, próbował on zbawić swą duszę, poświęcając się relacjom ze społecznych nizin biedoty. Puenta była mniej więcej taka: żona go opuściła, on zaś opuścił pracę.

__________

Gdyby tylko fikcja miała przemożniejszy wpływ na rzeczywistość, nasz pan koordynator dawno podzieliłby los swojego bohatera, własnego alter ego, a raczej kogoś, kim chciałby być - zaangażowanym, wrażliwym ideowcem. Pan koordynator był natomiast zwykłym skunksem, bo zalatywało mu spod ogona megalomanią na kilometr, natomiast sprawy ze współpracownikami załatwiał jak owe urocze zwierzątko - puszczając w delikwenta odurzające opary, w jego przypadku opary obelg. Kiedy kogoś ochrzcił po swojemu, nie było siły, by przestał znęcać się nad ofiarą.

__________

- Puściłeś Bobku, jak po przeczyszczeniu - powitał przykładowo tekst kolegi Bogumiła.

__________

Podobne przyjemności czekały każdego, kto starał się na potrzeby naszego projektu wyskrobać coś wychodzącego poza utarty format artykułu (trzy akapity + krzykliwy cytat + śródtytuły). Mnie zdarzało się to nagminnie, gdyż wiedziony zwyczajnym lenistwem, nie pracowałem, lecz obijałem się po redakcji. W przerwach pomiędzy wizytami w pubie na śródpiętrze i klubie 'go go' w toalecie, pisałem co tylko intuicyjnie zdołałem ściągnąć z serwera twardego od używek mózgu. Pech chciał, że pewnego razu trafiłem ze swoją improwizacją w wyjątkowo podły nastrój pana koordynatora.

__________

Artykuł miał być generalnie poświęcony gehennie pracowników sezonowych, a okazał się medytacją nad upływem czasu w stylu wczesnego Ginsberga. Kiedy już moje oczy ujrzały rozwalony na fotelu korpus pana koordynatora, uszy usłyszały:

__________

- Co to za sraczka? - skunks podniósł ogonek - Znam was humanistów. Nie potraficie się określić. Inni wlepiają wam etykietki z izmami, a was to kręci. Tymczasem jedyne co potraficie, to produkować płynne nawozy pod intelektualne szambo.

__________

I to mówił największy skuns pośród humanistów.

__________

- Czytelnicy mają już dość oderwanych od kontekstu bajek. Albo mówisz językiem figuratywnym i tłumaczysz ludziom ich świat albo używasz metafor i i tworzysz swój własny. Do ciebie należy wybór, czy decydować o obliczu czegoś wspólnego, czy też pogrążać się w krainie egoizmu. Wybierasz to pierwsze - jesteś w mojej drużynie i pomagasz ludziom, drugie - wylatujesz z pracy i jesteś aspołeczny. Zapamiętaj, sięgając po swoje, nigdy nie zostaniesz zbawiony, bo ocalenie przychodzi spoza nas.

__________

Kilka tygodni później szefostwo koncernu wycofało się z pomysłu tworzenia dziennika, a pan koordynator wylądował w jakimś miesięczniku motoryzacyjnym. Ja na szczęście zwolniłem się nieco wcześniej, zaraz po tym, jak rzuciła mnie moja dziewczyna. Teraz piszę artykuł dla sieciowego 'magazynu o zabarwieniu nadrealnym'. Szkoda, że nie zostanę zbawiony.

 
 



Tekst: Jacek Arski - były dziennikarz, obecnie aktywista PUZDRA.
 


do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek