powrót do strony głównej
     Numer 02 _ Lipiec 2005 - Spis treści -  
    zobacz dział
poprzednia strona
str. 19
następna strona
powrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   




 

 

The reek of human blood smiles out at me.

 
Chorobliwe napięcie. Graniczące z histerią. Skrajna egzaltacja. Zacieranie granic między sacrum, a profanum. Wściekłość wypływająca z każdej kropli farby. Niesmaczne? Czasami. Ale to chyba zależy od wrażliwości. Kto woli sztukę budzącą pozytywne uczucia, uwznioślającą, subtelną, odrzuci malarstwo Francisa Bacona. Ma do tego prawo. Bo to nie jest twórczość dla każdego. Kontrowersyjna? W dzisiejszej rzeczywistości skrajnego epatowania przemocą, wyuzdanym seksem, brzydotą, to słowo straciło na swojej mocy. Poza tym Bacon ma już stałe, choć nie mieszczące się w głównym, najbardziej cenionym nurcie, miejsce w historii malarstwa. A jednak wciąż budzi skrajne emocje. Można go uwielbiać albo nienawidzić, uważać za geniusza lub hochsztaplera. Trudno pozostać obojętnym.
 
 
 
Bo też twórczość Bacona wyrasta ze skrajnych emocji. Postacie kłębiące się na płótnach jak kawałki zakrwawionego mięsa, wyrzucające z siebie przed śmiercią ostatnie krzyki. Czy to ludzie? Czasami przypominają raczej niezidentyfikowane monstra. "Studia postaci na podstawie Ukrzyżowania". Długie szyje zakończone ziejącymi szczękami, jak przerażające oblicze "Obcego" Gigera. "Człowiek z psem". Tu z kolei zwierzę wygląda jak istota ludzka. Poniżona, uciemiężona postać na czworakach. Na smyczy. Inne twarze noszą ślady fascynacji Picassem z okresu kubistycznego. Rozbicie tektoniki twarzy, jak na kawałkach strzaskanego lustra. Epigon kubizmu? Tylko pozornie. Tu nie chodzi o triumfalny pochód sztuki w stronę promieniejącego jutra. Bacon nie był awangardzistą. Nie interesował go postęp w sztuce. Interesował go człowiek. To jego siła jako artysty, ale też słabość. Bo tacy twórcy skazani są zawsze na funkcjonowanie trochę z boku świata artystycznego. Zarówno za życia, jak i po śmierci.
 
 

Stałe motywy - powykręcane, trudne do zidentyfikowania postacie w schematycznych pomieszczeniach. Łóżko - miejsce kaźni, podobnie jak krzyż (E. Wyżyńska). Przecinająca przestrzeń lampa. Okrągła scena, na której rozgrywa się dramat występujących na niej istot. Jak cyrkowa arena. Zawsze ta sama? Tak jakby zmieniali się tylko protagoniści. Wrzeszczący mężczyzna. Człowiek przeglądający się w lustrze, które odbija jego szkaradną fizjonomię. Naga kobieta wyciągająca się na łóżku w wyzywającej, ale niepokojącej pozie. Kotłujące się na łóżku postacie. Uprawiają seks czy walczą? Te dwie sfery mocno się u Bacona zazębiają. Seks i przemoc. Skłębione w potępieńczym szale ciała. Żywe kawałki mięsa. Daremnie poszukujące w swojej cielesności resztek utraconego człowieczeństwa.

 
 
Często tą chaotyczną przestrzeń przecinają figury geometryczne. Koła. Linie. Sześciany. Można odnieść wrażenie, że podtrzymują, spajają przestrzeń obrazu, które bez nich rozpadłaby się w niebyt. W koślawe graniastosłupy wpisane są figury bohaterów. Niedorzeczność. One tam nie pasują. Tak skrajnie różnią się od backonowskich postaci i ich chorego, skrajnie ekspresyjnego świata. Bezskutecznie próbują wprowadzić do niego ład. A zarazem krępują i więzią bohaterów.
 
 

A może jest odwrotnie? Może to postacie wygrywają tą szaleńczą walkę między ładem a chaosem brutalnie rozbijając dyktat zimnej geometrii?

 
 

Perwersyjne pławienie się w ciemnej stronie bytu. Jaki inny artysta z taką pasją malował postacie na sedesie, wymiotujące do umywalki, zanurzone w tym "gorszym", wstydliwym aspekcie człowieczeństwa? A jednak trudno oprzeć się myśli: one są piękne. Nie chodzi nawet o banalną estetyzację - takiej nie uświadczymy u Bacona. Chodzi o ten inny wymiar piękna: taki, jaki można dostrzec w rysunkach Goi albo w postaciach z romańskich tympanonów. Piękna brzydota, brzydkie piękno, jak mówił święty Bernard. Przejście na drugą stronę percepcji, gdzie rozróżnienie piękny-brzydki nie ma już zastosowania. Jest tylko suma doświadczeń zmysłowych. Takich, które oddziałują w bardziej lub mniej intensywny sposób - i to jest kryterium ich oceny, nie zaś zgodność z tradycyjnymi wzorcami estetycznymi.

 
 
Albo inaczej: postacie Bacona są brzydkie. Ale obrazy bywają piękne. I to zarówno w perwersyjnym, jak i tradycyjnym rozumieniu tego słowa.
 
 

Najsłynniejszy obraz Bacona, a zarazem jego najdoskonalsze dzieło: "Studium do portretu papieża Innocentego X według Velazqueza". Poziomem ekspresji dorównuje mu tylko "Krzyk" Muncha. Ładunek emocjonalny obrazu jest tak silny że sytuuje go na cienkiej jak ostrze noża granicy między rozdzierającym uczuciem a kiczowatą afektacją. A jednak - a może właśnie dlatego - działa niespodziewanie silnie. Postać, poza charakterystycznym usytuowaniem i strojem postaci niewiele ma wspólnego z dziełem XVII-wiecznego malarza. Otwarta w rozdzierającym krzyku twarz odnosi do jednego z kadrów Pancernika Potiomkina.

 
 
Ekspresjonizm? Bacon twierdził, że nie jest ekspresjonistą. Trudno wyczuć, w jakim stopniu wynikało to z różnic czysto artystycznych a w jakim z najzwyklejszej przekory. Prawdopodobnie jego niechęć do tego rodzaju porównań wynikała z dążenia do uniknięcia zaszufladkowania i podkreślenia specyfiki własnej twórczości. Bacon żywo interesował się sztuką - uwielbiał Michała Anioła, Rembrandta, Degasa, van Gogha. Nigdy jednak nie identyfikował się z żadnym nurtem. Zwłaszcza sztuki współczesnej, której, poza kilkoma wyjątkami, nie cenił zbyt wysoko.
 
Brak ekonomii płótna. W jednym punkcie zbiega się cała ekspresja przedstawienia. Tam rozgrywa się dramat. Kotłujące się uczucie. Groza. Reszta obrazu pozostaje niemal pusta. Chwila oddechu po zetknięciu z najbardziej odrażającą stroną bytu. I przed ponownym z nim obcowaniem.
 
 
Właśnie te płótna Bacona oddziałują najsilniej. Nie te, w których forma kłębi się bez umiaru, podporządkowując sobie każdy centymetr obrazu. Gdzie nie ma oddechu, nie ma dokąd powrócić. Najintensywniejsze emocje zawarte są właśnie tam, gdzie groza łapie nas na gorącym uczynku, kontemplujących idealnie wypieszczone, minimalistyczne połacie obrazu.
 
"Uśmiecha się do mnie odór ludzkiej krwi". Tak, to niesmaczne. Podobnie jak wiele obrazów Bacona. Ale to przecież nie dwudziestowieczny malarz jest odkrywcą grozy i makabry. Ani autorem tak lubianego przez siebie cytatu. To Ajschylos, "Oresteja". Śpiew Erynii. Dwadzieścia pięć wieków. Wypełnionych aż do współczesności rytmicznymi powrotami estetyki dwuznaczności. Zwłaszcza w epokach kryzysu, niepewności jutra. Ale nie tylko. Wywrotowi twórcy, epatujący brzydotą i cierpieniem tworzyli zawsze. Antidotum dla dominującego kultu ładu, porządku i umiaru. Piewcy tej drugiej, mrocznej strony człowieczeństwa. To ich spadkobiercą jest Francis Bacon.
 
 


Tekst: Gabriela Jarzębowska - Ur. 1982 w Łodzi - czarna owca polskiej krytyki, artystka niepraktykująca, osobowość schizoidalna...
 











do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek