Aby całkowicie zrozumieć swoisty fenomen zjawiska 'SNUFF', które będzie tematem tych wynurzeń, należy cofnąć się o kilkadziesiąt lat. W roku 1971 Roberta i Michael Findlay rozpoczęli w Argentynie produkcję filmu 'Slaughter' ('Rzeź'). Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało jego kariery: przeszedł bez echa, a scenę, która zapoczątkowała fenomen snuff movies, dokręcono znacznie później. Nie był to ani pierwszy, ani jedyny tytuł małżeństwa specjalizującego się w niskobudżetowych i krwawych horrorach. Slaughter w warstwie fabularnej starał się nawiązywać do głośnej sprawy morderstwa żony Romana Polańskiego, Sharon Tate, i kilku jego przyjaciół, popełnionego przez członków bandy ("rodziny") Charlesa Mansona. Fabuła filmu nie jest zbyt skomplikowana: guru pewnej sekty (nazywający siebie 'Satan') chce pomścić cierpienia biedoty Montevideo. Wybraną przez niego ofiarą jest spodziewająca się dziecka żona reżysera filmowego. W finale mordercy najpierw strzelają do reżysera, a potem wbijają sztylet w brzuch jego żony.
Slaughter powstał i zniknął, mimo że temat wydawał się atrakcyjny. Po prostu był tak słaby pod względem technicznym, że praktycznie nie dało się go oglądać - to wkrótce okazało się jego zaletą. Rok później Allan Shackleton, producent specjalizujący się w produkcji i rozpowszechnianiu filmów pornograficznych, zakupił prawa do dystrybucji tego tytułu. Shackleton postanowił zarobić spore pieniądze, przekonując wszystkich, że filmowe okrucieństwa są prawdziwe. Właściwa i zaskakująca swoją formą promocja filmu zaczęła się dopiero 1 grudnia 1975. Tego dnia rozesłano pierwsze informacje prasowe, które miały zainteresować opinię publiczną.
Hasło reklamowe mówiło, że: "Ten film mógł powstać tylko w Ameryce Południowej, gdzie życie jest bardzo tanie". Drugie hasło: "Najkrwawsza rzecz, jaka kiedykolwiek rozegrała się przed kamerą". |
Od tej pory Slaughter funkcjonował pod nowym, bardziej zwięzłym tytułem Snuff. Określenia snuff w odniesieniu do filmów pierwszy użył Ed Sanders w książce poświęconej Mansonowi 'The Family': The Story of Charles Manson's Dune Buggy Attack Battalion (1971). Przy czym chyba już niemożliwe jest ustalenie dokładnej etymologii tego słowa i związku z pierwotnym znaczeniem angielskiego 'to snuff' - 'zażywać tabakę'. Jednym z jego wtórnych znaczeń kolokwialnych i slangowych jest 'zabić w brutalny sposób'. W takim kontekście pojawia się to słowo np. w filmie Noce Harlemu (Harlem's Nights, reż. Eddie Murphy, 1989), a sięgając wcześniej - w kultowej 'Mechanicznej pomarańczy' Stanley'a Kubricka ('A Clockwork Orange', 1971). W polskim wydaniu 'Guinessa księgi filmu' (P. Richardson, 'Guinessa księga filmu', tłum. M. Tyszowiecka, Warszawa 1994) pojawia się wzmianka o filmie 'Snuff', którego tytuł przetłumaczony jest jako 'Niuch'. Potwierdza to etymologię pierwotną, ale nijak ma się do zawartości filmu i do tego, czym ten film jest.
Czym zatem jest snuff-movie? Definicja terminu wygląda następująco: jest to film, który przedstawia inscenizowane sceny morderstw, zrealizowane bez użycia efektów specjalnych i wyprodukowane dla potrzeb rozrywkowych. |
Takie ujęcie proponują David Kerekes i David Slater w książce 'Killing For Culture' (Londyn 1995). Dodatkowym wyróżnikiem może być jeszcze to, czy materiał jest rozpowszechniany w celu osiągnięcia zysku. Nie zalicza się do tej kategorii zatem np. zdjęć dokumentalnych, na których znajdują się przypadkowo uchwycone śmiertelne wypadki (mondo-movies). Technicznie rzecz ujmując, snuffem nie są także zapisy egzekucji, gdyż nie są one robione w celach komercyjnych. Czasem snuffem nazywa się wszelkie filmy, w których znajdują się sceny szczególnie brutalnych zabójstw, ale jest to już zbytnie poszerzenie granic znaczeniowych pojęcia i niepotrzebne rozmywanie jego wyróżników. W zamian można wprowadzić określenie pseudo-snuff dla nazwania filmów udających fakt bycia prawdziwym snuff movie. Przy zastosowania takiego rozróżnienia pojawi się pewien paradoks: sam Snuff będzie należał do kategorii pseudo-snuff.
Nieprzypadkowo Slaughter nawiązywał do morderstw inspirowanych przez Mansona. Wskazywano, że właśnie ta grupa mogła jako pierwsza (na terenie Stanów Zjednoczonych) nakręcić materiał rejestrujący prawdziwą śmierć. Nie ma jednak na to dowodów. Michael Findley bardzo szybko zorientował się, że sprzedał swoje "dziełko" za tanio i zażądał renegocjacji warunków kontraktu. Gdy do tego nie doszło, posunął się ostatecznie do szantażu. Zagroził bowiem, że udzieli prasie wywiadu, który miałby odkryć tajemnice filmu. Dopiero wtedy Shackleton spłacił Findley'a i dalej konsekwentnie budował legendę wokół - już swojego - filmu. Kampania była oparta na mistyfikacji: stworzono fikcyjną postać, emerytowanego adwokata o nazwisku Vincent Sheehan i fikcyjne stowarzyszenia - "Citizens for Decency" ("Obywatele na rzecz przyzwoitości"). W ten sposób sam dystrybutor rozpoczął krucjatę przeciw swojemu filmowi na łamach prasy oraz poprzez drukowanie i kolportowanie ulotek. Chodziło oczywiście nie o zachwalanie walorów filmu - których jako takich 'Slaughter' vel 'Snuff' nie miał - ale o wywołanie szumu w mediach. Ten zamiar w pełni się udał. Na dodatek akcję podjęli działacze prawdziwych organizacji zajmujących się obroną moralności (także feministyczna grupa "Women Against Pornography"), a zupełnie najdziwniejsze jest to, że gdy rozpoczęło się całe zamieszanie, nie istniała jeszcze scena, dzięki której Snuff przeszedł do historii.
Scenę tę dokręcono na Manhattanie w ciągu jednego dnia kosztem 10 tysięcy dolarów. Po zasztyletowaniu ciężarnej kobiety - czyli po pierwotnym finale Findley'ów - kamera pokazuje ekipę filmową i reżysera, którzy rozmawiają o właśnie ukończonej scenie. Młoda kobieta mówi reżyserowi, iż owa scena bardzo ją podnieciła. Reżyser pyta, czy chciałaby ona odegrać swoje fantazje. Dziewczyna się zgadza, oboje idą do łóżka, a pozostali zaczynają to rejestrować. W pewnym momencie kobieta jednak zmienia zdanie, gdyż orientuje się, że są filmowani. Rozpoczyna się szamotanina, pojawia się drugi mężczyzna, który przytrzymuje ofiarę.
Wtedy reżyser podnosi sztylet i uderza nim w ramię kobiety. Następnie za pomocą kleszczy odrywa palec jej dłoni i piłą łańcuchową odcina całą dłoń. Wreszcie zabija ją, wbijając nóż w brzuch, a pomocnik wyrzuca w powietrze wnętrzności. |
Nagle obraz niknie, gdyż rzekomo skończyła się taśma w kamerze. Ścieżka audio nagrywa się nadal, rejestrując jeszcze dialog reżysera i operatora o tym, czy wszystko sfilmował. Efekt paradokumentalny dodatkowo wzmacniają zdjęcia kręcone z ręki, ze zbliżeniami z różnych punktów widzenia. Oprócz dodania tej drastycznej sceny, dokonano również kilku innych zmian w stosunku do pierwowzoru: usunięto wszelkie napisy początkowe i końcowe oraz wprowadzono wyraźny angielski dubbing.
W założeniu miało to świadczyć o autentyczności samego materiału, popełniono jednak zasadniczy błąd w trakcie montażu. Moment rzekomego zabójstwa kobiety rejestruje jeden operator, któremu udało się nie tylko nakręcić cały przebieg tego niespodziewanego zdarzenia i jeszcze zdołał uchwycić kilka zbliżeń. Trudno sobie wyobrazić, jak technicznie można było tego dokonać. Błędem zatem było wprowadzanie w ogóle jakiegokolwiek montażu w tej scenie, choć zapewne bez tego nie dałoby się osiągnąć tak dużego realizmu efektów specjalnych. Gdy później policja badała autentyczność filmu, udało się jej bez problemu dotrzeć (na Manhattanie, a nie gdzieś w Argentynie) do domniemanej ofiary morderstwa.
Oficjalna premiera filmu odbyła się w styczniu 1976 roku i przebiegała w bardzo nerwowej atmosferze. Nowojorskie kina (a jedynie tam początkowo go wyświetlano) były pikietowane przez zaskakujący sojusz działaczy katolickich i feministek. Pojawiły się groźby zamachów bombowych. To wszystko - zgodnie z założeniami - jedynie podsyciło zainteresowanie widzów. Tylko przez pierwszy weekend wyświetlania Snuff zarobił 66 tysięcy dolarów i przez trzy tygodnie dystansował w rankingach popularności 'Lot nad kukułczym gniazdem' Miloša Formana. W końcu sprawa ewentualnej autentyczności brutalnych zdjęć zainteresowała wymiar sprawiedliwości. Władze zażądały, aby film zawierał jasne stwierdzenie, iż nikomu nie stała się krzywda w czasie jego realizacji. Shackleton w tym czasie gdzieś zniknął, zostawiając jednak oświadczenie. Napisał w nim, że widzowie powinni sami ocenić prawdziwość zdjęć. I nie miało najmniejszego znaczenia, że sam Shackleton wreszcie wyznał prawdę i powiedział, że to wszystko było wielką mistyfikacją. Nie miało to znaczenia, ponieważ legenda już powstała.
Kolejnym elementem składającym się na fenomen 'snuff movies' było to, że Shackleton wywołał powszechną wiarę w istnienie wielkiego rynku tego rodzaju materiałów. Np. niejaki detektyw Joseph Horman z nowojorskiej policji utrzymywał, iż "wiarygodne źródła potwierdzały istnienie i obrót filmami typu snuff". Zainteresowani mieli płacić 150 lub 200 dolarów za prywatne pokazy filmu, który miał być rzekomo nakręcony w Argentynie na taśmie 8mm. Hipotetyczny mechanizm tego procederu pokazuje Paul Schrader w filmie 'Hardcore' (1980). Była to kolejna plotka, na potwierdzenie której nie znaleziono wtedy nawet cienia dowodu. Dochodzenie, prowadzone niezależnie przez licznych dziennikarzy, także nie dało rezultatów - po prostu nie znaleziono osób rozprowadzających snuff. Jednak większość opinii publicznej i tak była przekonana, że czarny rynek istnieje, a jego włodarze zarabiają miliardy dolarów.
To typowy przykład współczesnego mitu, czyli tzw. "miejskiej legendy" (urban legend): nikt snuffu nie widział, ale każdy słyszał, że ktoś podobno oglądał snuff. Ponieważ taki proceder wywodziłby się w prostej linii z porno-biznesu, istnienie filmów snuff stało się jednym z głównych argumentów antypornografistów. Obecnie prawie pewne jest, że taki rynek funkcjonuje. Niewątpliwie jednak dystrybucja tego rodzaju materiałów na wielką skalę musiałaby się skończyć dekonspiracją. Linda Lovelace, "gwiazda" "kultowego" tytułu porno 'Deep Throat' ('Głębokie gardło', reż. Gerard Damiano, 1972), oficjalnie przyznała, że niektóre kobiety były mordowane przed kamerą, albo nawet poza nią, jeżeli uznano, iż "nie będzie już z nich pożytku". Twierdzenia "nawróconej" porno-gwiazdy nie są oczywiście do końca wiarygodne To wyznanie miałoby być zemsta za to, iż za 'Deep Throat' otrzymała normalną stawkę za tego rodzaju "rolę", a film przyniósł miliony dolarów zysku.
Prostytucja i pornografia w większości krajów pozostają poza jakąkolwiek kontrolą. Jest to ważne o tyle, że sprzyja pojawianiu się nadużyć. Pojawienie się prawdziwych filmów snuff byłoby kolejnym etapem ewolucji filmów pornograficznych. Obecnie rynek dystrybucji pornografii zrewolucjonizował Internet. Kilkadziesiąt lat temu podobną rewolucję wywołała technika video. Wtedy wydawało się, że pewną kontrolę przyniesie zaangażowanie się w produkcję filmów erotycznych wielkich amerykańskich wytwórni filmowych. Pierwszym takim filmem, który powstał w dużej wytwórni, był obraz 'Ponad Doliną Lalek' ('Beyond The Valley Of Dolls', reż. Russ Meyer, 1970). 20th Century Fox potem przez wiele lat musiał pracować nad poprawą swojego wizerunku zepsutego przez film Meyera. Plan zdjęciowy przypominał istny dom wariatów i nawet reżyser nie do końca panował nad sytuacją. Fox później odciął się od tego tytułu, gdyż przedstawiony, zatwierdzony i skierowany do produkcji projekt zasadniczo różnił się od efektu finalnego. Nie zmienia to jednak faktu, że film 'Ponad Doliną Lalek' cieszył się sporym powodzeniem, stając się w pewnych kręgach kultowym.
Nawet jeśli wtedy udałoby się przejęcie sporej części tego rynku przez duże wytwórnie, to i tak wkrótce miała pojawić się taśma wideo właśnie. Teraz każdy może nie tylko oglądać, ale też po prostu nakręcić sobie film dosłownie za grosze. A przewidywalne zyski z takiego amatorskiego filmu mogą iść w tysiące dolarów. Można przypuszczać, że w wypadku filmu typu 'snuff' zyski byłyby prawdopodobnie gigantyczne. W tym wszystkim najważniejsze jest przecież to, że są ludzie, którzy chcą oglądać na ekranie autentyczne okrucieństwo. Nie ma żadnych filmów fabularnych, które bazowałyby na pokazaniu realnego zabijania, ale nie oznacza to wcale, że takich nagrań nie ma w ogóle.
Problem w tym, że wszystkie relacje w tej sprawie zaczynają się od słów "podobno" lub "słyszałem" i trudno o jakąkolwiek wiarygodność większości tych doniesień. Snuff tworzyły np. grupy neonazistów oraz żołnierze w czasie wojen w byłej Jugosławii i w Czeczenii. W latach 80. i 90. w USA i Kanadzie odbyło się kilka głośnych procesów seryjnych morderców, którzy torturowanie swoich ofiar utrwalali na taśmach. Etyczna ocena produkcji, handlu i oglądania tego rodzaju materiałów jest oczywista. Natomiast wcale niejednoznaczna jest ocena 'pseudo-snuffu'.
Zauważyć także trzeba, że wszystko to, co pojawia się przy okazji 'snuff movies', nie jest niczym nowym. Budowanie skuteczniej reklamy filmu (często nawet na bardzo wyrafinowanych oszustwach) pojawiło się już bardzo dawno, bo mniej więcej w latach 20. XX w., a więc w bardzo wczesnej fazie rozwoju kina. Rejestrowanie śmierci (np. egzekucji) na zdjęciach filmowych jest równie dawne. Jednak jakościowo są to inne rzeczy od snuffu w takim rozumieniu, jakie tu przedstawiam.
Natomiast można znaleźć w przeszłości całą kinematografię, której poniekąd bardzo blisko było do tego rozumienia. Była to kinematografia III Rzeszy. Nie cała, oczywiście, ale pewne zjawiska w niej się pojawiające. Przykładem jest film 'Heimkehr' ('Powrót', reż. Gustaw Ucicky, 1941), w którym żołnierze SS naprawdę bili i maltretowali Polaków, których zmuszono do udziału w zdjęciach. Z kolei w czasie zdjęć do 'Mein Leben für Ireland' ('Moja miłość do Irlandii', reż. Veit Harlan, 1941) w wyniku przypadkowego wybuchu zginęło kilku niemieckich żołnierzy, a scenę tę wykorzystano w ostatecznej wersji filmu. Zwyczajowo takie ujęcia powinny być po prostu niszczone.
Snuff stał się fenomenem i do tego fenomenu umiejętnie nawiązywali inni. W roku 1979 Włoch Ruggero Deodato przedstawił swój kolejny film pt. 'Cannibal Holocaust'. Całość stylizowana jest na zapis dokumentalny, zarejestrowany przez czwórkę młodych ludzi, którzy robią film o pewnym dzikim plemieniu żyjącym w dżungli amazońskiej. Owi dzikusi są kanibalami, a młodzi filmowcy (trzech mężczyzn i kobieta) zostają przez nich brutalnie zabici i zjedzeni. Informuje się widzów, że ten materiał odnalazła amerykańska ekipa ratunkowa. Materiał w dodatku przekazali im sami kanibale, jako jedyną pozostałość po filmowcach. To podobny pomysł do tego, który wykorzystali twórcy nie tak dawnego kinowego hitu - który stał się przebojem nie tyle dzięki swej wartości, co dzięki umiejętnej akcji promocyjnej - 'The Blair Witch Project' (reż. Daniel Myrick i Eduardo Sanchez, 1999). U Deodato wszystko jest oczywiście wielką mistyfikacją, ale twórca musiał to osobiście udowadniać przed sądem. 'Cannibal Holocaust' jest mimo wszystko pod pewnymi względami prawdziwy: autentyczne są sceny, w których zabija się zwierzęta i to właśnie z tego powodu film jest zakazany w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii i w samych Włoszech. Na marginesie: zabijanie zwierząt na planie nie jest jednak niczym nowym: dla osiągnięcia "lepszego efektu" robili to nawet najwięksi: Francis Ford Coppola ('Czas Apokalipsy'), Sam Peckinpah ('Pat Garrett i Billy Kid') czy Andrzej Wajda ('Popioły').
Na ten sam rok (1979) datuje się następny film - również włoski - 'Buio Omega' (reż. Joe D'Amato). Scenariusz jest banalny: opiekunka bogatego chłopaka za pomocą lalki voodoo uśmierca jego dziewczynę. Można by zapytać dlaczego, ale jest to w końcu raczej bez znaczenia. Chłopak wykopuje ciało i umieszcza je w swoistym sanktuarium, a następnie usiłuje odnaleźć dla swej ukochanej "zastępstwo". To prowadzi do serii zabójstw, które kończą się efektownymi rozczłonkowaniami kolejnych zwłok młodych dziewic. Tym razem legendę zbudowano głównie wokół zwłok, gdyż rozpuszczono plotkę, która sugerowała, że owe ciała są prawdziwe. Do dzisiaj podtrzymuje się takie przekonanie. Nawet gdyby ciała były prawdziwe, taki film nie byłby jednak snuffem.
Wśród fanów horrorów krąży również pogłoska o tym, iż autentyczne zwłoki użyte były także w filmie 'Der Todesking' ('Król śmierci', reż. Jorg Buttgereit, 1989). Jest to jednak mocno wątpliwe. Ten tytuł to bodaj jedyny spośród omawianych, który posiada jakąś wartość, gdyż autor w bardzo oryginalny sposób opowiada kilka niezależnych od siebie poruszających historii samobójców. 'Buttgereit' jest ponadto autorem dwóch części przygód pary młodych nekrofilów pracujących w kostnicy ('Nekromantik' i 'Nekromantik 2: Return of the Loving Dead'). Obie utrzymane są w bardzo krwawej konwencji.
Włosi bardzo upodobali sobie motyw kanibali z Ameryki Południowej, ponieważ dwa lata później inny reżyser - Umberto Lenzi - nakręcił film pt. 'Cannibal Ferox'. Historyjka podobna jest do tej z filmu 'Deodato': grupa antropologów wyprawia się do dżungli w Kolumbii, aby poznać kulturę tamtejszych kanibali. Niespodziewanie napotykają bandę handlarzy narkotyków, którzy wykorzystują tubylców przy zbiorach liści koki. Gnębieni niewolnicy buntują się, bardzo brutalnie mszcząc się i na handlarzach, i na naukowcach. Ten film jest zakazany w 31 krajach. Na szczególną uwagę zasługuje obecność tego rodzaju brutalnych wątków w kinie włoskim, ponieważ całą tę krwawą serię właściwie zapoczątkował w roku 1975 Pier Paolo Pasolini swoim 'Salo albo 120 dni Sodomy'. Nie jest to co prawda horror i na pewno wszystkie sceny (sceny przemocy, bo zupełnie inaczej wygląda w Pasoliniego sprawa scen erotycznych) są udawane, ale jednak nie należy o nim zapominać, bo chociaż Pasolini i Shackleton działali zupełnie niezależnie i z zupełnie innych pobudek, to jednak prawie równocześnie ('Salo' miało premierę pod koniec listopada 1975) bardzo mocno przesunęli granicę tego, co na ekranie pokazać można. Właściwie później nie powstały już równie brutalne filmy, a przynajmniej nie takie, które byłyby tak poruszające przez swoją dosłowność.
Na marginesie: 'Canibal Holocaust' i 'Canibal Ferox' są elementami jeszcze innego zjawiska: tzw. "włoskiej szkoły horroru" przełomu lat 70. i 80. minionego stulecia. Zaliczyć można do niej twórców jak: Deodato, Lenzi, D'Amato, Dario Argento i Lucio Fulci. Cechą charakterystyczną wszystkich ich filmów jest szczątkowa fabuła połączona ze staranną kompozycją każdego kadru - typowy przerost formy nad treścią. Obecnie jednak Włosi już wyraźnie stracili palmę pierwszeństwa na rynku produkcji tego typu, mimo że nadal tworzy kolejne horrory np. Argento. Ich miejsce niespodziewanie zajęli Japończycy. Wystarczy wspomnieć takie filmy jak dwie części 'Tetsuo' (reż. Shinya Tsukamoto) lub 'Evil Dead Trap' (reż. Toshiharu Ikeda). Niesłychanie płodnym twórcą jest "japoński Tarantino" - Takashi Miike (seria 'Dead or Alive', 'Audition'), a międzynarodową sławę zdobył Hideo Nakata ('Ring', 'Ring 2', 'Dark Water').
Kolejnym słynnym przykładem "snuffowego oszustwa" jest japońska właśnie seria niezależnych i niskonakładowych produkcji znanych pod wspólnym tytułem 'Guinea Pig' (reż. m.in. Hideshi Hino). |
Trudno stwierdzić kategorycznie, ile ich jest. Nie wszystkie zostały wydane na kasetach w Stanach Zjednoczonych, a najpopularniejsza ich edycja to zbiór fragmentów czterech części znany pod tytułem 'Guinea Pig Compilation'. Filmy te pochodzą z przełomu lat 1988-92 i nazywane są czasem "instalacjami". Pierwsza część opatrzona została komentarzem następującej treści: "Producenci otrzymali tę kasetę bez żadnych dodatkowych informacji. Chcemy poznać nazwisko, wiek i inne informacje o dziewczynie i jej trzech mordercach". Rozgłos filmom nadał aktor Charles Sheen, który przypadkowo zobaczył trzecią część cyklu i natychmiast poinformował o tym MPAA (Motion Picture Association of America - instytucja kontrolująca amerykański rynek filmowy), będąc przekonanym, że ma do czynienia z prawdziwym snuffem. Potwierdziła się tylko nieautentyczność i mistyfikacja, a na dodatek Sheen w sposób niezamierzony rozreklamował te "filmiki" (długość każdego z nich nie przekracza godziny).
To jeszcze nie wszystkie tytuły, które można by przytoczyć jako przykłady nawiązań. To przykłady najgłośniejsze, a mimo to żaden z opisywanych powyżej filmów pseudo-snuff nigdy nie dotarł oficjalnie do Polski, chociaż większość z nich krąży już wśród najzagorzalszych fanów horroru, ponieważ jest dostępna w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych oraz w Internecie.
Nie dotyczy to najważniejszego tytułu - 'Snuff' - który wszędzie jest praktycznie niedostępny. Bardzo trudno dotrzeć do całego filmu, nieco łatwiej do końcowej sceny, gdyż znalazła się ona w filmie montażowym 'Filmgore' (1983), który jest jednym z wielu popularnych w USA zbiorów najsłynniejszych scen horrorowych. Mimo wszystko ludzi, którzy znają te produkcje jest stosunkowo mało, a widziało je jeszcze mniej osób. I być może to dobrze.
Natomiast nie ma problemów z dotarciem do filmów, które w scenariuszach na różne sposoby wykorzystują omawiany motyw. Do tej licznej grupy należą: wspominany już 'Hardcore' Paula Schradera, 'Videodrom' (reż. David Cronenberg, 1983), 'Niemy świadek' (Mute Witness, reż. Anthony Waller, 1994), 'Informator' (The Insider, reż. John MacKenzie, 1994), 'Samotny sługa boży' (reż. Francis von Zerneck, 1995), 'Tesis' (reż. Alejandro Amenebar, 1995), 'Odważny' (The Brave, reż. Johnny Deep, 1996), '8mm' (reż. Joel Schumacher, 1999), kręcony w Polsce francuski 'Gunblast Vodka' (reż. Jean-Louis Daniel, 2000) i polski 'Billboard' (1998). Większość tych filmów była wyświetlana w kinach, wydawana na kasetach i emitowana w telewizji. W zasadzie ich scenarzyści bazują na informacjach, które tu przedstawiłem, czyli na tym, ze snuff produkują twórcy pornografii ('Hardcore', 'Niemy świadek', '8mm'), jedynie na indywidualne zamówienia zwyrodniałych bogaczy ('Odważny', '8mm', 'Billboard') i - co ciekawe - nie w Ameryce Południowej czy Azji, ale Europie Wschodniej ('Niemy świadek', 'Billboard', 'Gunblast Vodka'). 'Billboard' i 'Gunblast Vodka' lokalizują produkcję snuffu w Polsce.
Prawdziwy snuff niewątpliwie istnieje. Byłoby naiwnością wierzyć, że nigdy nikogo nie zabito przed kamerą tylko po to, aby później na tym zarobić. To jednak przestępcze podziemie, które nie ma absolutnie nic wspólnego ze sztuką filmową. |
Dostępne 'pseudo-snuffy' są różnymi, mniejszymi lub większymi, mistyfikacjami, które udowadniają tylko to, jak wielka jest siła plotki i pokazują, jak umiejętnie można ją wykorzystać, aby ściągnąć do kin żądnych mocnych wrażeń widzów - i to niezależnie od ewentualnych wartości artystycznych prezentowanych dzieł. Jednak mimo tego są one ważne: pokazują pewne oblicze świata. Oblicze, z którym styka się pewna część ludzi. Brutalni mordercy, działający z trudnym do wyobrażenia sobie okrucieństwem, istnieją i każdy może stać się ich ofiarą. Mordercy podobni do tytułowego Poglądacza z filmu Michaela Powella ('Peeping Tom', 1960), który mordując swoje ofiary, rejestrował kamerą wyraz ich twarzy w chwili śmierci. Fikcja nie kreuje realnego życia, to życie staje się inspiracją dla twórców ekranowej fikcji.
Przecież nie byłoby Snuffu, gdyby nie działał wcześniej Manson, a jego i jemu podobnych nie wymyślił żaden scenarzysta.