powrót do strony głównej
    _ Numer archiwalny: 01 _ Listopad 2005 - Spis treści 
powrót do strony głównejpowrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   





 
strona
 
powrót do numeru aktualnego
36
-->



POCZYTAJ MI MAMO / opowiadanie nieskromne


Piotr Saługa


Była północ. Księżniczka Jovanka Trump obudziła się nagle. Widać musiała wstać za potrzebą.
Ale chyba nie bardzo się jej chciało, jako że przeciągnęła się leniwie, podciągnęła szarawary i bosymi nożkami na wyfroterowanej marmurowej podsadzce starała się utrafić przynajmniej jeden ze swoich ślicznych, złotych pantofelków. A tutaj nic. Stópka marznie, a żaden kapeć nie chce się odnaleźć. Za oknami głęboka noc. Gorąco i parno. Ciężkie sierpniowe powietrze.













- Kurwa! - westchnęła
księżniczka - gdzieś mi się te ciżmy zapodziały! Kopciuszek jakiś zapierdolił (nie, to było nawet nieśmieszne). No tak - wczorajszego wieczoru mogło być różnie: spektakl na niebie - te potwornie nadmuchane balony z jakimiś egzotycznymi, ezoterycznymi twarzami, później buchający czerwoną, smolistą parą smok trzygłowy (chyba ochrzciliśmy go "Triglav" - jest coś takiego chyba w Medjugorie, ale nie Bafomet - nie, nie), smok - jak bum-cyk-cyk - zielony cały.





_____________________________

Ale, ale - a jeśli Bumi i Funi gdzieś je (buciki) porwały na łajdaczenie, borsuczenie jakieś potworne? A jeśli do piwnic? Co się wtedy stanie?
- Czy ja mogę być w takiej chwili spokojną? - Boże, jak duszno. Otworzę okno i wpuszczę nieco magii nocy do pokoju. Księżniczka przeszła w kierunku lustra. Stały tu, na szklanej toaletce, urocze srebrne pantofelki.
- Kurwa - powtórzyła Ksieżniczka - czy ja się aby nie starzeję? - Czy poruszam się w jakiejś zapadni nonsensu, czy raczej może w jakimś pijanym śnie?
 

Nagle uświadomiła sobie, iż odczuwa oddziaływanie czegoś wielkiego, nieogarnionego, siły jakiejś kosmicznej, przepotężnej.
- Mam ambiwalentne wrażenie jakby nieznanej obecności.

Popatrzyła z lękiem w lustro: pomimo alchemicznych retuszów (dzieło jeszcze majstra Dee) lustro powiedziało prawdę: Księżniczka wyglądała okropnie. Ale nie, nie - nie z powodu urody - powodem była zmęczona cera i nieświeży (delikatnie mówiąc) wygląd, a to za sprawą wczorajszej narkotykowej orgii - orgii oczywiście w sensie meta-, nie fizycznym (bo "Prawdziwe Księżniczki, koleś, nie dupczą się z byle kim").
- Nie jest źle - szepnęła z nutką optymizmu w głosie. - Ale zaraz - miałam wpuścić trochę nocy do pokoju!
Księżniczka podeszła do parapetu, odsunęła zasłony i otworzyła okno. Zobaczyła niebo usłane miriadami gwiazd.
- Ach, ta noc, te gwiazdy! - rozmarzyła się.
Powietrze weszło chłodne i ciężkie.
- Noc jakaś taka dziś niepokojąca, traumatyczna jakaś - brrr! A ja czuję się tak dziwnie podniecona.
W jednej chwili uczuła silny lęk. Targnęło nią jakieś ambiwalentne uczucie trwogi i jakiejś silnej potrzeby trwania przy parapecie. Ta cisza - jakaś straszna, napełniająca przestrachem!
- Eee tam - może mi się tak wydaje? - Tak, tak - w drodze powrotnej dodawała sobie otuchy - noc po prostu! Zwykła sierpniowa noc!
 


 


(...) Co tu robić? Jestem przecież Księżniczką Trump i nigdy nie dam się zerżnąć byle jakiemu głupkowi, który się buja w jakiejś rozczłapanej karecie, czy szpanuje w jakimś innym kawałku blachy - niech spadają imbecyle! Tandeciarze! Hołota! Won! Papa zawsze powtarza: "honor i cnota". Czasami miesza do tego Boga i Ojczyznę, ale ja na to leję.




 
Usiadła na klozecie.
- Za to wczoraj Papcio powiedział, że wystawił mnie na metafizyczną "próbę miesiąca" - co ten dobrotliwy staruszek mógł mieć znowu na myśli? Zgaduj zgadula, gdzie złota kula? Aaaaach - to podniecenie! Moje cudowne, wibrujące kule - bez nich nie byłoby ani jednego snu erotycznego! Gdy włożysz je do pochwy, każdy ruch twojego ciała będzie powodował unikalne wrażenia.

Delikatnie, powoli wyjęła kule z pochwy, jedna za drugą, przy czym dało się słyszeć dwa króciutkie jęki zadowolenia, gdy kule jedna po drugiej prześlizgiwały się po łechtaczce... Zabrzmiało się krótkie siuuuuuuuurrrrrrrrrrrrrrr, potem odgłos spuszczanej wody i wreszcie jęk powietrza, który zabrzmiał jak westchnienie stuletniej staruszki, żałośnie zawodzącej nad swoim losem... (księżniczki też, prawda robią... nie, to znaczy... - oddają mocz jak zwykli śmiertelnicy - tu nie ma wyjątków). Księżniczka wstała, podmyła się w kryształowym bidecie, po czym ponownie usiadła znów przy toalecie patrząc w lustro.

- Tak, Jovanko - może nie wyglądasz wspaniale, ale jakoś będzie.
- No nie wiem... Chuć jest, wola boża jest... Znudziły mi się już te palcowania, te poduszki, te wibratory... A myszka wyrywa się do przodu... Co tu robić? Jestem przecież Księżniczką Trump i nigdy nie dam się zerżnąć byle jakiemu głupkowi, który się buja w jakiejś rozczłapanej karecie, czy szpanuje w jakimś innym kawałku blachy - niech spadają imbecyle! Tandeciarze! Hołota! Won! Papa zawsze powtarza: "honor i cnota". Czasami miesza do tego Boga i Ojczyznę, ale ja na to leję. I tak nie wiem, o co chodzi. I dobrze. Po co mi wiedzieć. Dziewczynka jestem.

Księżniczka poprawiła włosy i wydęła kociakowato usta.
- Tak, tak Jovanko - mamy, kurwa, poważny problem. Popatrz - inne dydipindy się jakoś ustawiły - choćby taka księżniczka Stefanja de Monaco, zdziera tam w tej Europie już chyba trzeciego fagasa, ale to zdzira... Cipkę mi może wylizać. Bąka wyssać. Z prostakami się zadaje.
- Kurwa jest (powtórzyła znowu) - kurwa, nie prawdziwa księżniczka. Daj spokój - z ogrodnikami jakimiś, ochroniarzami - What an amazing world! (jak u Witkacego - byłam w New Jersey).
- A ja? Jovana Pierwsza Trump? Panna cnotliwa i elegancka? Szkoda gadać. Jest tu jakiś wewnętrzny konflikt. No bo tak - mnie jak już bierze chuć to Hospody pomyłuj! Chciałabym się rżnąć i rżnąć jak caryca Katarzyna, albo ta obozowa dziwka Elżbieta, patronka Jelizawetgradu (obecnie czapkują tam Kirowowi - co za upadek!) Mnie nie wystarczyłby nawet pułk jeb... - tfu! - lejbgwardii - co ja mówię... Jest tu pewna, parekselans (nie wiem, czy dobrze się wyrażam), sprzeczność, ja bym może już dała się rozdziewiczyć jakiemuś błękitnokrwistemu bluzg-ogierowi, ale jak - nima już takich! Gdzie ci rycerze z eposów, lanceloci, prawdziwi książęta, którzy byli by gotowi walczyć o honor i cześć białogłowy?! Przepasywało się takiego szarfą i szedł się bić dzielnie o cześć i honor właśnie.

- Nie, na takich nieurodzaj. Coś mało chętnych. Szkoda, bo dupkę mam głębną, więc by szło. Założę się, że by piszczała z rozkoszy. Mógłby sobie taki Książę Pan walić i walić - używać sobie bez przestanku. A tu co - gówno, psie łajno. Tak, wszystko spsiało, zdegrengolowało się, sprostytuowało... faking demokrasy. Nie wiem, może gdyby Papa obiecał kasę, te przysłowiowe pół królestwa, znalazłby się choć jeden taki wysoko urodzony buhaj.... (tu księżniczka znów rozmarzyła się przez chwilę) - Akurat! Zaraz zjawiłaby się tu zgraja różnych wydrwigroszów, łachów, naciągaczy - psiakość - meneli i bumów: niby takich trubadurów, skaldów, tęsknych truwerów, pseudo-rycerzy, kurwa, młynarczyków, chuj go tam wie kogo jeszcze? Tam występują w telewizji w tych tok-szokach i big-braderach - wszystko, kurwa, zrobią dla kasy. Zerżnąć własną matkę? Proszę bardzo (to już zresztą było w The End). Zrobić laskę? Naturelmą. I pewnie wszyscy chcieliby walczyć ze smokiem! Takie szoł! A ja mam w dupie smoka, poza tym, jak każda nowoczesna księżniczka, jestem w partii Zielonych i udzielam się w ruchach obrony zwierząt, więc wara! A i tych przaśnych chamów, śmierdzących gnojem kurdupli, tych kurwa-piekarczyków, synów młynarzy (nie cierpię tych młynarczyków!), tych przyszłych rewolucjonistów - spierdalać: rzygać się chce. Prostactwo i tupet czasów dzisiejszych mnie rażą. Papa powtarza, żeby chamów walić w pysk szpicrutą bez opamiętania - można - ja na nich szczę.




- Ale te srebrne buciki - zaciekawiła się - co to może oznaczać? Rozejrzała się wokoło: - No, no - nieźle! Na empirowym fotelu wisiały srebrne pończochy (- Z pasem! - ucieszyła się), na jego poręczach koronkowy stanik a la Bardotte - tryumf Triumpha... i cudowna biała suknia ślubna.

Nie mogła się powstrzymać, aby nie założyć tego stroju. Rozebrała się do naga - po chwili założyła stanik na wspaniałe, jędrnie sterczące piersi, pas, wreszcie jedwabiste pończochy na cudownie zgrabne nogi i ...

- O co tu, kurwa, chodzi? Coś jest na rzeczy! Ale co? - Nie wiem - tak się niepokoję! Taka nerwowa jestem - to przez te fale elektromagnetyczne! Są wszechobecne przenikają mnie tysiące, miliony razy na minutę! I ta noc - taka mroczna! Taka mroczna! Czuję czyjąś obecność - przeraziła się nagle. - Ktoś tu jest blisko mnie!
Nagle dał się odczuć nagły podmuch świeżego powietrza, który wstrząsnął futrynami okien i poruszył zasłony, a potem jeszcze jakby dech czegoś dziwnego, nieznanego...

Księżniczka przestraszyła się nie na żarty.

- Halucynacje jakieś, zwidy!

Spojrzała w stronę okna. Nic. Za oknem panowała cicha, spokojna, głęboka noc.
- Ach - ta suknia - piękna! Jaka miękka! Puszysta! Tylko ją przymierzę i idę spać.

Włożyła suknię i ponownie stanęła przed lustrem.

- No, nieźle jest! Fajna z ciebie laska... 34 lata... - No - nieźle. Laska chętnie zrobiłaby jakiemuś księciu laskę... - Tak, tak - uśmiechnęła się do siebie w lustrze i zakasała suknię do góry, aby nacieszyć się widokiem swojego łona. - Ale jestem dzielna, bohater... Tutaj kusi, a tutaj wie, że nie wolno... Ta przeklęta metafizyka! Chciałaby, a boi się... - Cóż ten papcio miał na myśli? Denerwuje mnie to, ale i podnieca... (dotknęła palcem łona). - Boże! Nie wytrzymam! Robię się wilgotna - ba! mokra! Odczuwam potrzebę przeżycia erotycznego.
Podeszła do wielkiego, szklanego, okrągłego stołu, stojącego na środku pokoju, i położyła się na jego zimnym blacie, nogami w stronę okna.

CHÓR: Ona obca wychodzi zza reklamowych witryn: Marlboro Lights, Campari, Omega; będzie zadowalać ciałem - uffff... pociągająca! Coca-Cola spłynęła lodowatą twarzą... Jovanka - Miesiąc wyrusza na łowy! Na łowy! Na łowy! Kupido naciągnął cięciwę: Minolta, Lumineuse, Cinzano, L'oréal - srebrny orszak wyrusza! Jovana... jej ciało, cudownie lśniące... skóra książęco gładka...

Wstrząsnęło nią pożądanie. Podciągnęła suknię i rozchyliła nogi.
- Nie, przecież jestem księżniczką - muszę wytrzymać, nie dam się. Choć momentami czuję się jak jakaś kałamarnica potworna... Może metodę Schulza (trening autogenny, czy jak mu tam) - puścić myśli luzem! Tratata - niech będzie: rozluźniam mięśnie prawej ręki; prawa ręka staje się ciężka, coraz cięższa, jak z ołowiu. Nie mogę jej unieść. Prawa ręka przylega do tafli stołu, niczym mokra płachta. Rozluźniam mięśnie lewej ręki... Ojej, jak mi ta myszka faluje! - Nie, jestem spokojna, zupełnie spokojna... Mój umysł jest czysty i jasny... Myśli przepływają obok mnie... Wyobrażam sobie, że jestem na wieczornej plaży... Fale szumią miarowo, jednostajnie... Lewa ręka jest bezbrzeżnie ciężka, spoczywa na powierzchni stołu, niczym ołowiana belka... Jest mi dobrze... Lekko... Spokojnie... Ciało staje się cięższe, i cięższe!
Nagle... odniosła wrażenie, jakby jej ciało pokrywało się metalowymi (jakby srebrnymi!) łuskami.

- Boże! Nie mogę się ruszyć! Unoszę się do góry! Pieprzony Schulz (a może przez "tz")! Czuję się, jakbym spadała w windzie jakowejś w jakimś nieznanym kierunku... Nie! Ja nie chcę, nie chcę! - Ratunku!

W tej chwili katem oka dostrzegła... fantastyczne, niesamowite zjawisko! - ogromną srebrną tarczę księżyca, z wolna wypełniającą przestrzeń okna. Spojrzała na siebie - w istocie ciało pokryte było dziesiątkami, setkami prostokątnych srebrnych płytek, zdobionych reliefami jakichś układów scalonych, albo tajemniczych prekolumbijskich wzorów (argument dla ufologów). Widziała, jak z każdą sekundą liczba ich wzrasta; jak powoli jej ciało zamienia się w ciężki, reaktorowy sarkofag.

Elektromagnesy... Próbowała (nie wiedzieć dlaczego?) krzyczeć, lecz gardło ściśnięte pierścieniem nawarstwiających się łusek odmówiło posłuszeństwa. Ciało Jovany, wszystkie członki stały się istotnie niemożliwie ciężkie, ołowiane, bezwładne. Wciąż zdawało się jej, że lewituje, że unosi się kilka centymetrów nad szklaną płaszczyzną.
Srebrne światło miesiąca wypełniło pokój. Nagle poczuła na swym ciele coś jakby... dotyk. Tak - delikatne, ledwie odczuwalne muśnięcia w okolicy brzucha. Istotnie - zauważyła, promienistą wiązkę skupionego światła, wyraźną w tle srebrnej poświaty księżyca, która niczym jakiś czujnik wędrowała po płaszczyznach jej ciała, jakby w poszukiwaniu czegoś - zapędzając się w jakieś miejsce i zweryfikowaniu danych powracała w kierunku wyjściowym, by powtórzyć podobne błądzenie jeszcze raz i jeszcze...

Nagle Jovanka jęknęła - widać promień znalazł to, czego szukał. Zawirował radośnie w muszelce jej genitaliów, aż zobaczyła gwiazdy w kryształowych oczach. "Jeszcze, jeszcze" chciałaby krzyknąć Jovanka, kiedy czuje, że coś chłodne, śliskie, twarde delikatnie wdziera się w jej łono... Jak w filmie Hiczkoka - na początku trzęsienie ziemi, i dopiero odtąd napięcie wzrasta. Odczuła wzbierającą rozkosz... Po chwili to coś wycofało się równie delikatnie, by powrócić z silniejszym impetem. Księżniczka pisnęła z zadowolenia. Kolejne wstąpienie było tak głębokie, że odczuła je gdzieś aż w okolicy nerek. Każdy ruch gwałciciela zdawał się być bardziej i bardziej stanowczy, penetrując jej wnętrze z coraz większą mocą: szybciej i szybciej. Jovana odczuwała już szczęście w każdym calu swego ołowianego ciała, rozkosz, która przeszywała ją do najbardziej przepastnych głębi, bezdni jej mikrokosmosu.

Łauuu...(w poprzek Jego tarczy przemknęły trzy statki radzieckie). Fale podłużne, fale poprzeczne... Ruch drgający... Ruch harmoniczny... Ach - budzę się w nocy z jekaterynosławskimi skojarzeniami... Te ruchy - szybciej i szybciej... Dzika rozkosz... Drgania dwóch ciał sprowadzone do ruchu ciała abstrakcyjnego o masie zredukowanej (oscylator harmoniczny)...

- Bodajbyś sczezł! Sromota pluga! Motłoch + krakówek + warszawka nie pozwalają tworzyć! Cóże za paradna koalicja! Takie czasy - obraz współczesny jest taki zamazany! A my znajdujemy ujście w tworzeniu! (Oj - trochę boli!) Tak - a papa znajduje ukojenie w bitwach europejskich - jeszcze jedna błazenada. Nasze armie utknęły gdzieś na Białorusi, ofensywa się ślimaczy, a generał Kalvenbach wizytuje polskie prowincje ojców jezuitów... A miało być tak pięknie - armia "Podlasie" miała rozwinąć uderzenie w kierunku Pińska a utonęła gdzieś w bagnach poleskich... Armia "Mazowsze" zaległa gdzieś pod Nowogródkiem, rozłożyła się w leżach, jako ta dziewka, i pewnie doczeka zimy... I cóż tam słychać - nasi żołnierze dopuszczają się tam nie lada łajdactw! A fe! Wszystko się pitrasi... Walczczcie cholery! Walczczie! Taaak - jakże ciężko wyzwalać inne narody! Brudni nakiści (tj. narodowi komuniści) babrają robotę marszałka Collonny-Trockiego... Nadzieja w Królewskich Narodowych Siłach Zbrojnych (Rzeczypospolitej)...

A co teraz? Rżnie mnie Miesiączek! Kryształowy Pan! Szybciej i szybciej! Pochylam głowę, jak skazana... Oto posiadł wklęsłą, zamarginesową pretensję... A ja mknę, mknę, jak myśl w westchnieniach! Wpadam w bezdenne otchłany! Wiruje w głowie od elektryczności! Jak w westchnieniach pragnę słońca, jak w westchnieniach pragnę... serca. I choć sierpień, to szeleszczą pod stopami chyba liście... Kolorowe jak plakaty, jak marzenia kolorowe, jak uśmiechy... Giną słowa, jak w potokach... I jeszcze raz... Jeszcze... jeszcze... W końcu... koniec.

Pełzamy uświnieni po lodowatej posadzce chodników. Cóż - wpadłam niebieskim tramwajem na trampolinę dorosłości. Tramwaj stał się niewinną igraszką i znikł w mroku wizji. Teraz gwałtownie unoszę spocone czoło w kierunku srebrnego koła. Wyciągają je z bagien zachowań lśniące granato-żółte potwory. Bże, bżegżóła, burta, urtemata... Był ból, jest ukontentowanie. Było spełnienie, a jest urywane "potem"... Bałam się tej nocy...

Taaaak... Księżniczko Jovano Trump... Oto, Miesiąc, przymykając lewe oko, zrobił kretyńską minę, i przetransponował cię w końcu w scenerie iście arkadyjskie: zerwana koszula dziewiczych męczarń! Oto w okolicy sennych domysłów z lekkością tancerki przemierzasz niebieskie łąki i cudowne zdroje; zwinne jaskółki przecinają czerwień nieba z fantastyczną prędkością. Ty, zdobywczyni nieznanych kontynentów unosisz sztandar radości z szańców koszmarnych fatamorgan. Nowo kreowana kobieta wysypuje kosze wielobarwnych kwiatów na szare dywany pól. Śmiech stworzeń, chichot przyrody pochłaniają damę zabawy. W tę noc, mroczną i śliską, ktoś czynił rzeczy najważniejsze.

Świta. Jovanka wije się jeszcze w sieci zwidów nocnych - pojawia się, to ginie w gąszczu poduszek i koców. Choć brzask, zapala jeszcze gorączką księżyce.
- To już było?
- Nic - Miesiącu, Miesiącu... wróć...

CHÓR: Ona prominentna biełoruczka; ona, naga wciągnięta w srebrzyste rajstopy, nieprzytomna z upojenia, pragnie, kocha, czeka. Będzie zadowalać ciałem. Uuuuuf! Pociągająca! Dom Perignon, Revlon, Bac, Yves Rocher. Oh yes! Euro-szyk! Elegancja! Jovanka spogląda wzrokiem kryształowym. Tajemnica. Zagadka. Iluzja. Marzenie. Ona rusza na łowy.

 
 
 

Piotr Saługa

Narodzinom Piotr Saługi w marcową noc 1964 roku towarzyszyły nadzwyczajne zjawiska: burza z błyskawicami i trzęsienie ziemi na Sodowej. Walnęły trzy pioruny, w tym jeden kulisty, który wystraszył ptactwo w kurniku u Bema. Na Galmanach zapadła się ziemia. Spadły trzy komety, na niebie pojawiła się trumna, a przez Warpie przetoczyła się powietrzna trąba.

W Jaworznie szeptano, iż oto narodził się król. Ludowe bajania - gruntownie przygotowywany do panowania wymknął się z opiekuńczych ramion i uciekł w światy równoległe. Królował w czwartym i dalszych wymiarach, zgłębiając tajniki pradawnej wiedzy. Upadał i podnosił się. Bywał tu i tam. Słuchał niebiańskiej muzyki i dużo pisał. Powracając Stamtąd przynosił bruliony, zapisane maczkiem tajemniczych znaków i symboli, magicznych strof i dziwacznych zdań, z których część została opublikowana z okazji otwarcia nowego wieku. Powieść 'Maraton' (Wydawnictwo Mamiko, 2001), osnuta na wątku poszukiwań korony koronacyjnej polskich królów (!), jest w istocie metaforą wypowiedzi na temat kryterium sensu, przez co stanowi osobistą dedykację autora dla człowieka stojącego u progu nowych czasów i nowego porządku.

Jest górnikiem, pracuje w Polskiej Akademii Nauk w Krakowie. Przygotowuje się do obrony pracy doktorskiej pt. " Ocena górniczych projektów inwestycyjnych w aspekcie doboru stopy dyskontowej ", która - za recenzją prof. dr. hab. Aleksandra Werona, wybitnego matematyka, dyrektora Centrum im. Hugona Steinhausa - "wyróżnia się wyjątkową dojrzałością z jaką autor porusza się po obszarach z pogranicza różnych dziedzin wiedzy".

Bez reszty oddaje się historii, muzyce i przede wszystkim Rodzinie. Pasjonuje się przeszłością i dniem dzisiejszym Ukrainy i Kresów, gdzie ma wielu wspaniałych przyjaciół. Strategia małych kroków. Organiczna praca w kierunku unii.

Bywa tu i tam. Równoległe światy. Na niebie trumna, burza i trzęsienie ziemi. I choć króla nie ma, to właściwie nigdy nic nie wiadomo.

mai

 
 

do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek