|
|
| |
|
|
| reflexsje |
| |
|
| |
|
|


Mówią o istocie nieprzeciętnej, wyróżniającej się na tle innych ludzi czy epoki, hipnotyzującej tłumy. Dawniej, tę "iskrę bożą" posiadali święci namaszczeni palcem Boga. Dziś chrześcijańskich męczenników zastąpiły sławy filmu lub muzyki, zaś palec Stwórcy obiektyw kamery. |
| |

Kino jest medium, które podsyca mit charyzmatycznej jednostki. Film biograficzny wzmacnia fenomen "nieśmiertelności" kultowych postaci, podobnie jak książki, gadżety z podobiznami. Nie bez przyczyny Pere la Chaise, na którym spoczywa Jim Morrison wciąż odwiedzają rzesze fanów, nie mówiąc o nadal silnej ekscytacji "pośmiertnymi" losami Elvisa Presleya (a propos: podobno ostatnio widziano go w Arizonie).
Filmowe curriculum vitae daje przyjemność obcowania z gwiazdą, ściągniętą na czas projekcji z odległego firmamentu niebieskiego. Zaspokaja też potrzebę voyeryzmu. Stąd popularność pisemek "na gorąco" łapiących gwiazdy np. na depilacji okolic łonowych lub ulubionego sportu polskich emerytów - stania w oknie z wygodną poduchą. Przewagą filmu biograficznego nad "Barem" czy "Big Brotherem" jest podpatrywanie bożyszcza w intymnych sytuacjach, które odzierają go z niezwykłości, przywracając na nowo zwykłym "zjadaczom chleba". Widzów pociąga swoisty dualizm idola, który jak rzymski bóg Janus ma dwie twarze: ludzką ze wszystkimi jej przywarami oraz boską, emanującą sławą i uwielbieniem. |
| |
| |
Biografia jest dziwną mieszaniną fikcji (role odtwarzają odpowiednio upodobnieni aktorzy) i dosłowności (mówi o autentycznych losach, nie tworach wyobraźni scenarzysty). W naszej psychice świadomość historyczno - życiowego realizmu wypiera powierzchniowy kamuflaż, swoistą stylizację na prawdziwość. I już Tomek Kot jest Ryśkiem Riedlem ("Skazany na bluesa"), a pani Krystyna Feldman - panem Nikiforem ("Mój Nikifor"). Istotną sprawą jest więc dobór aktora jak najbardziej podobnego do pierwowzoru. Gdy natura poskąpiła fizycznej zbieżności, pozostaje charakteryzacja oraz aktorski profesjonalizm pozwalający przyswoić specyficzny chód, mowę, mimikę. Doklejony nochal zmienił Nicole Kidman w pisarkę Virginię Woolf ("Godziny"), blond peruka nakryła ciemną czuprynę Colina Farrella vel Aleksandra Wielkiego, a sceniczną manierę Raya Charlesa świetnie uchwycił Jammie Foxx.
Film biograficzny jak każdy gatunek posiada określony schemat. Reżyserzy eksploatują go aż do bólu gałek ocznych. Polega on na ukazywaniu z pasją archeologa kolejno następujących etapów życia: zwykle pewien przełomowy wycinek, rzadziej okres od wczesnego dzieciństwa do śmierci ("Aleksander"). Ważny jest moment inicjacji - transformacji naszego everymana w guru sztuki, sceny muzycznej, sportu. Znamienne jest, gdy dochodzi do głosu dotąd w pełni nieujawniony talent: pierwszy występ Tiny Turner ("Tina"), wynalezienie oryginalnego sposobu malowania drippingu przez Jacksona Pollocka ("Pollock"), walka boksera Jake'a La Motty ("Wściekły byk"). |
|
|
| |

Dzieje idoli nie byłyby tak smaczną pożywką dla żołądka widzów, gdyby nie skaza na pełnej sukcesów karierze.
|
| |
|
|
|
| |
|
|
Dzieje idoli nie byłyby tak smaczną pożywką dla żołądka widzów, gdyby nie skaza na pełnej sukcesów karierze. Jak w antycznej tragedii los gwiazd napiętnowany jest siłą fatalną prowadzącą ku destrukcji. Smutny koniec jest zwykle wyróżnikiem biografii, jak happy end w przypadku komedii romantycznej. I tak widzimy sztywnego Morrisona w wannie ("The Doors"), zaćpanego Riedla, samobójstwo pisarki Sylvii Plath ("Sylvia"), auto pijanego Pollocka lądujące w rowie. Aby powstał mit (i w konsekwencji film) musi nastąpić śmierć fizyczna osoby, wokół której się go tworzy (ocalałą szczęściarą jest Tina).
Rozwinięciem tej plotkarskiej tendencji jest historia bohatera pokazana jako suma jego nieszczęśliwych, wyniszczających związków. "Frida" opowiada o namiętności meksykańskiej malarki Fridy Kahlo do zdradzającego ją artysty Diega Rivery, podobnie w przypadku Sylvii Plath i poety Teda Hughesa, w duecie Tina & Ike Turner, w "Chopin. Pragnienie miłości" (cóż za znamienny tytuł!), żeby zakończyć ekscesami niejakiego Pabla P. w "Picasso. Twórca i niszczyciel" (jak Sinobrody doprowadzał kolejne partnerki do samozagłady). 
W zalewie "scen z życia gwiazdorskiego" topi się indywidualista. Filmową biografię zwykle sprowadza się do odtwarzania naskórkowych faktów uderzających w łzawą nutę. Co z TWÓRCZOŚCIĄ, dzięki której geniusze zamieszkali w zbiorowej pamięci? Idol nie przez pryzmat dobitnie "życiowy", ale poprzez swe dzieło? Niektórzy próbowali przełamać monotonię. Julie Taymor, reżyserka "Fridy" budowała kadr tak, że zastygał w obraz malarki, w "The Doors" psychodelia scen wyrażała niepokornego ducha Jima Morrisona. Znużonym "brukowym" kanonem polecam: "Wittgensteina" Jarmana, "Amadeusza" Formana, "Dzienniki motocyklowe" Sallesa, które starają się zmienić widok. Cytując Shreka - chcą uświadomić, że: Ogry mają warstwy. Ludzie- legendy też. Szkoda, że wielu filmowców o tym zapomina. |
|
Eva Milczarek
|
|
| |
|
|
| |
|
|
|
Eva Milczarek
Prawie historyk sztuki i krytyk artystyczny, niedoszły filmoznawca.
Współpraca z łódzką Galerią Manhattan i miesięcznikiem studenckim
"Semestr". Wielbicielka średniowiecza, kotów (zwłaszcza rudych i
czarnych), wiedzy ezoterycznej oraz wszelkiego rodzaju dziwności i
mistycyzmów. |
|
|
|
|
|