powrót do strony głównej
    _ Numer archiwalny: 01 _ Listopad 2005 - Spis treści 
powrót do strony głównejpowrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   








   
powrót do numeru aktualnego
strona
 

27
-->
   

dwugłos krytyczny

ilustracje: zalibarek                     


01.
Gabriela Jarzębowska

Problematyka kultury popularnej, czy - jak określano ją dawniej - masowej, stanowi jedno z podstawowych zagadnień poruszanych przez socjologów, teoretyków kultury i antropologów w dwudziestym wieku. Szczególnie kłopotliwy i palący problem w rozprzestrzenianiu się tego zjawiska dostrzegają teoretycy sztuki, widząc w nim, nie bez przyczyny, zagrożenie dla dotychczasowego statusu sztuki w społeczeństwie oraz samej jej egzystencji.

Wielu badaczy, zwłaszcza z pierwszej połowy stulecia, wyrażało oburzenie na myśl o rozprzestrzenianiu się tak wulgarnych i prymitywnych wytworów kultury, jak radio, kino czy muzyka jazzowa. Kultura masowa jest "artykułem masowego spożycia, jak guma do żucia *1" , powoduje "nadmiar podniet" i "infantylną regresję *2", przeznaczona jest dla tych, którzy są "niewrażliwi na wartość prawdziwej kultury *3", to "fenomen rynsztoka *4". Dziś większość z tych głosów rozpaczy budzi jedynie uśmiech pobłażania. Czy dlatego, że wiele odmian odsądzanych dawniej od czci i wiary przejawów kultury popularnej w drugiej połowie stulecia wysublimowało się na tyle, że nie budzą już przerażenia? Czy może odwrotnie - po doświadczeniach programów typu reality show czy "dobrodziejstw" internetu, stare kino lub przedwojenne szlagiery wydają nam się szczytem wyrafinowania?


   
Poszukiwanie jednoznacznej odpowiedzi na te pytania wydaje się być bezcelowe. Dzieje się tak, jak sądzę, dlatego, że wśród badaczy zajmujących się problematyką kultury popularnej panuje chaos pojęciowy spowodowany niezrozumieniem specyfiki kultury dwudziestego stulecia. W wyniku tego istnieje tendencja do wrzucania do jednego, przepastnego worka, wszystkich przejawów kultury, które nie wyrastają w bezpośredni sposób z kultywowanej przez stulecia sztuki "wysokiej". O ile wydaje się to być zrozumiałe w przypadku takich badaczy, jak Adorno czy Macdonald, dla których kultura popularna stanowiła zjawisko nowe i niepokojące, tak dziwi wyrażanie tego rodzaju poglądów przez współczesnych autorów (od tendencji do uogólniania nie uchronił się nawet taki obrońca kultury popularnej jak Shusterman).

Tymczasem sztywny, tradycyjny podział na kulturę wysoką i popularną powoduje jedynie piętrzące się nieporozumienia. Problem ten dostrzega już Antonina Kłoskowska w opracowaniu "Kultura masowa: krytyka i obrona", gdzie zauważa, że z ram sztuki wysokiej bywali wykluczani tacy twórcy, jak Steinbeck, Czajkowski, Wells, a nawet Schiller *5.

Formując definicję kultury masowej (bo takim pojęciem posługuje się autorka) stwierdza, że zjawisko to odnosi się do...

przekazywania wielkim masom odbiorców identycznych i analogicznych treści płynących z nielicznych źródeł oraz do jednolitych form zabawowej, rozrywkowej działalności wielkich mas ludzkich *6".

Środki masowego przekazu, licząc się z odbiorcami, muszą pomijać wszelkie ludzkie przeżycia zdolne wywołać jakiekolwiek nieporozumienie oraz formy nie będące oczywistymi i powszechnie uznanymi...


Taka definicja sugeruje, że mówiąc o kulturze popularnej (czy masowej) mamy na myśli zwulgaryzowane treści pseudokulturalne rozpowszechniane wśród szerokiego grona odbiorców przez środki masowego przekazu. Definicję tą jestem skłonna przyjąć jako jasną i w miarę precyzyjny sposób określającą zakres poruszanej problematyki. Kłopoty zaczynają się z chwilą, gdy dowiadujemy się, co badacze mają na myśli, posługując się interesującym nas terminem. Przykład nowoczesnego jazzu czy rocka progresywnego, które są znacznie trudniej przyswajalne (a często wręcz niestrawne) dla szerokich mas niż genialne, ale stosunkowo łatwe w odbiorze "Cztery pory roku" Vivaldiego jest wystarczająco wymowny. Oczywiście, dwudziestowieczna kultura popularna (z braku lepszej terminologii muszę posługiwać się tym słowem - wytrychem) kieruje się swoimi prawami, będącymi często nie do przyjęcia dla wychowanych w tradycyjnych wartościach badaczy. W najogólniejszych zarysach można przyjąć, że o ile cała dotychczasowa kultura miała charakter bardziej apolliński, zrodzona z kultury popularnej nowa kultura dwudziestego stulecia jest skrajnie dionizyjska. Oczywiście, w historii kultury europejskiej także mieliśmy do czynienia z epokami "dionizyjskimi", sądzę jednak, że w konfrontacji z wszechogarniającą kulturą przyjemności i ekstazy rozwijającą się od drugiej połowy ubiegłego stulecia, ich "dionizyjskość" nieco traci na wyrazistości.



Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesna rzeczywistość zalana jest wręcz kulturą o niskim lub bardzo niskim poziomie, mającą dogadzać gustom najmniej wymagającej publiczności. Clement Greenberg określa ją mianem kiczu przeciwstawiając jej jedyny wartościowy przejaw sztuki nowoczesnej - awangardę. Zarazem jednak uważa kulturę popularną za kontynuację (a zarazem zwulgaryzowanie) akademizmu, który nazywa kiczem wyższego poziomu i zakrzepłą formą sztuki wysokiej *7 . Ponownie pojawia się (zapewne wbrew intencjom autora) niepokojące zatarcie granic- akademizm był przecież w dziewiętnastym stuleciu uważany przez przeważającą część "kulturalnego" społeczeństwa za doskonałe wcielenie sztuki wysokiej, utożsamianej z poruszaniem tematów, uważanych za wielkie i znaczące.

Jest jednak podstawowa różnica. Kicz akademizmu wyrastał z przekonania o istnieniu ponadczasowych, ponadkulturowych wzorców piękna, określonych w starożytnej Grecji, a rozwiniętych przez artystów renesansu. Przejście od czystej, wysokiej sztuki do form zastygłych nastąpiło w jego przypadku niepostrzeżenie, będąc konsekwencją naiwnych, ale szczerych intencji. W przypadku sztuki popularnej (choć lepiej byłoby napisać: masowej, mam bowiem na myśli zwulgaryzowane treści zgodne z definicją Kłoskowskiej) mamy natomiast do czynienia z intencjonalnym wytwarzaniem produktów kulturalnych w celu zaspokojenia gustów publiczności. Można powiedzieć, że sztuka akademicka podobała się, bo "była" piękna, produkty kultury popularnej są piękne, ponieważ się podobają. Jerzy Szacki w przedmowie do antologii Miłosza pisze o postawie tzw. populizmu kulturalnego, a więc założeniu, że to, co podoba się zwykłym ludziom jest o wiele ważniejsze społecznie niż elitarna kultura wysoka 8 . A gusta szerokich mas pozostawiają, niestety, wiele do życzenia. Trudno zgodzić się z idealistyczną postawą Adorna przekonanego, że lud z upodobaniem słuchałby Schoenberga, gdyby nie został zmanipulowany przez ogłupiający przemysł kulturalny *9.

Czy w takiej sytuacji, w której - w konsekwencji daleko posuniętej demokratyzacji - następuje wszechogarniające równanie do dołu, jest jeszcze miejsce na tradycyjnie pojętą sztukę? Ernest van den Haag zauważa, że w okolicznościach zalania rzeczywistości produktami łatwymi i banalnymi sztuka nie ma racji bytu, siłą rzeczy utożsamiana jest bowiem z zabawą lub propagandą *10. Środki masowego przekazu, licząc się z odbiorcami, muszą pomijać wszelkie ludzkie przeżycia zdolne wywołać jakiekolwiek nieporozumienie oraz formy nie będące oczywistymi i powszechnie uznanymi. Sztuka tymczasem jest zawsze nowym przeżyciem, świeżą wizją świata, najczęściej wymagającą przygotowania intelektualnego. Nie jest, zdaniem autora, trudniejsza niż w dawnych epokach - różnica polega na tym, że obecnie większa liczba osób rości sobie prawa do jej zrozumienia *11 .

Być może jednak kultura popularna stanowi tunel, za pomocą którego sztuka może dotrzeć do przeciętnych odbiorców? Van den Haag w wywodzie dotyczącym popularyzacji klasycznych dzieł kultury odrzuca taką możliwość twierdząc, że odbiorca przywykły do łatwej, strywializowanej wersji dzieła, nie będzie w stanie przebrnąć przez oryginał *12. Zapewne jest w tym sporo racji. Myślę jednak, że perspektywa zapoznania przeciętnego "zjadacza chleba" z przejawami kultury wysokiej warta jest trywializacji. Zawsze istnieje szansa, że zachęci ono choćby nikły procent ludzi do obcowania z dziełami wysokiej klasy. Bez zjawiska homogenizacji treści kultury wysokiej w ogóle nie miałyby szans dostania się w szeroki obieg - banalizacja stanowi naturalną konsekwencję demokratyzacji. Oczywiście sytuacja taka pociąga za sobą nieuchronnie niebezpieczne przekonanie - takie mianowicie, że zwulgaryzowane dzieło sztuki jest równoznaczne z oryginałem. Odbiorcy "Hamleta" w wersji komiksowej mogą uważać, że obcują z Szekspirem, tak samo jak słuchacze takich kuriozów jak "najsłynniejsze motywy muzyki poważnej" - że słuchają Mozarta. W tym miejscu zjawisko zaczyna już robić się niepokojące.

W obszarze zagadnień dotyczących powiązań sztuki z kulturą popularną pozostaje jeszcze jeden obszerny zakres problematyki. Mam na myśli działalność artystów w bardziej lub mniej twórczy sposób trawestujących rzeczywistość i ikony kultury popularnej, polemizujących lub tylko bawiących się sferą wizualną cywilizacji drugiej połowy dwudziestego wieku. Geneza tego rodzaju działań związana jest z twórczością artystów pop artu, takich jak Andy Warhol, Roy Lichtenstein czy Claes Oldenburg. W następnych dekadach podobnego typu działania podejmowało wielu twórców - takich jak choćby Jeff Koons, Ronnie Cutrone i Meyer Veisman.

Problematyka związana szeroko pojętą sztuką "pop" jest trudniejsza i znacznie bardziej skomplikowana niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Pytania, jakie pojawiają się na gruncie analizy tego rodzaju twórczości, związane są najczęściej z niepewnością, w jakim stopniu w badanej praktyce artystycznej mamy do czynienia z krytyką bądź polemiką z zastaną kulturą popularną, w jakim natomiast z czystym konformizmem. Już w latach sześćdziesiątych dostrzegano wśród artystów pop artu tych bardziej zaangażowanych oraz takich, których twórczość posiada charakter bardziej afirmatywny - do tej ostatniej grupy zaliczano chociażby Allena Jonesa, Mela Ramosa czy Toma Wesselmanna. Problematyczna zdaje się być także działalność "króla kiczu" - Jeffa Koonsa. Ten amerykański artysta prowokuje dyskurs dotyczący miejsca sztuki w nowoczesnym społeczeństwie z takim cynizmem i wyrachowaniem, że sam Andy Warhol mógłby się przy nim wydać romantycznym idealistą. Odpowiadając na zarzuty dotyczące banalności swoich prac odpowiada:

W dzisiejszych czasach to, co banalne, może stać się dla nas ratunkiem. (.) banalność jest wielką uwodzicielką, gdyż działa niezobowiązująco na nasze uczucia
*13".

Podobnego rodzaju myślenie możemy obserwować u wielu artystów posługujących się kliszami i metodami twórczymi kultury popularnej. Często pozbawione jest ono jednak jakiejkolwiek finezji. Gdy miałam okazję rozmawiać z Markiem Janiakiem, założycielem grupy Łódź Kaliska, która obecnie tworzy projekty określane jako "New Pop", nie byłam w stanie - mimo moich usilnych nalegań - wydobyć z niego niczego więcej na temat twórczości grupy poza tym, że jest to "skrajna afirmacja".

Ewidentnym przykładem kiczu w wersji czystej wydaje się być twórczość Guya Peellaerta prezentowana niedawno w galerii Atlas Sztuki. Ikony kultury popularnej oraz postacie z historii dwudziestego stulecia - Marilyn Monroe, Charlie Chaplin, John Lennon czy John Kennedy - występujące razem na bajecznie kolorowych płótnach, wycyzelowane niczym na dziewiętnastowiecznym obrazie Cabanela czy Siemiradzkiego, zdają się pochodzić z sennego koszmaru Greenberga. Twórczość tego rodzaju zapewne doskonale się sprzedaje, podobnie jak kiczowate przedmioty Koonsa. Z tą różnicą, że nie posiada takiego potencjału polemicznego.

Na drugim biegunie wobec komercyjnej twórczości Peellaerta znajduje się działalność Haima Steinbacha. Nie tylko dlatego, że - w przeciwieństwie do efektownych płócien malarza - tanich zabawek albo tenisówek, którymi posługuje się Steinach, nikt nie kupi. Artysta rozpracowuje nasz sposób widzenia, skłonny do postrzegania świata jako wielkiego centrum handlowego, syconego bez opamiętania mnogością produktów. Dokonuje dyslokacji obiektów konsumpcyjnych - przemieszcza je z przestrzeni supermarketów do przestrzeni sztuki. Twierdzi, że wystawiając w galerii przedmioty seryjnie wyprodukowane chce dać im "drugą szansę", sprolongować ich egzystencję *14. Same produkty są "nagie", nic nie znaczą. Jedynie tytuły prac przypominają uwodzicielskie slogany reklamowe (Np. Security and serenity).

Można by mnożyć przykłady artystów, którzy w twórczy sposób posługują się zjawiskiem kultury popularnej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że większość tego, co obecnie dzieje się świeżego w sztuce ma swoją genezę w technikach i sposobie obrazowania właściwych dla takiej właśnie formacji kulturalnej. Jak bowiem określić twórczość licznych artystów tworzących sztukę wideo i posługujących się nowymi mediami? Dzisiejsza praktyka artystyczna zdaje się być zanurzona w kulturze popularnej tak głęboko, że wyznaczanie precyzyjnych granic pomiędzy sztuką czystą a taką, która uległa procesowi komercjalizacji zdaje się być trudne, a może nawet niemożliwe do przeprowadzenia. Współcześni artyści, zwłaszcza młodego pokolenia, całymi garściami czerpią z rzeczywistości kultury popularnej, nie zawsze po to, aby z nią polemizować, bądź ją afirmować - często dlatego po prostu, że stanowi ona naturalny punkt oparcia dla ich wrażliwości. Problemu nie stanowi, moim zdaniem, fakt samego czerpania z kultury popularnej, ale odpowiedź na pytanie, czy dany twórca ma coś do powiedzenia gdy posługuje się określonymi środkami. Odpowiedź - nawiasem mówiąc - niezwykle trudna do uzyskania, biorąc pod uwagę brak punktów oparcia dla współczesnej krytyki. Ale to już zagadnienie na odrębną pracę.

Gabriela Jarzębowska





1 Dwight Macdonald Teoria kultury masowej [w:] Czesław Miłosz Kultura Masowa Kraków 2002, s. 14
2 jw. s. 26
3 Clement Greenberg Awangarda i kicz [w:] Czesław Miłosz op. cit . s. 44
4 Richard Shusterman Forma i Funk: sztuka popularna jako wyzwanie estetyczne [w:] Estetyka pragmatyczna - żywe piękno i refleksja nad sztuką Wrocław 1998 s. 226
5 Antonina Kłoskowska Kultura masowa: krytyka i obrona Warszawa 1980 s. 328
6 jw. s.95
7 Clement Greenberg Awangarda i kicz [w:] Czesław Milosz op. cit . s. 45
8 Jerzy Szacki Czterdzieści parę lat później [w:] Czesław Milosz op. cit . s. 9
9 jw. s. 10
10 Ernest van den Haag Szczęścia i nieszczęścia nie umiemy mierzyć [w:] Czesław Milosz op. cit . s.85
11 jw. s. 88 (przypis)
12 jw. s. 99
13 Arteon , czerwiec 2005 nr 6 s.15
14 Alicja Kępińska Sztuka w kulturze płynności Poznań 2003 s 65

     
   



Gabriela Jarzębowska


Ur. 1982 w Łodzi - studentka 5-tego roku historii sztuki na Uniwersytecie Łódzkim - właśnie pisze pracę magisterską dotyczącą problematyki dialogu sztuki postmodernistycznej z tradycją. Współpraca z Galerią Manhattan, Miejskim Ośrodkiem Sztuki w Gorzowie Wielkopolskim, pismem 'Semestr', pracownią artystyczną Neo. Artystka niepraktykująca. Zainteresowania: film, literatura, muzyka, sztuki plastyczne (zwłaszcza fotografia).
 




 


02.
Eva Milczarek


Czy kultura popularna jest zagrożeniem dla sztuki czy szansą zbliżenia jej do odbiorców?

Puszka Coca - Coli, komiks, numer pisma "Wall Street Journal" , reklama pasty do zębów, telewizyjny show., a między nimi lśniące odkurzacze Jeffa Koonsa. Różnobarwna mozaika świata kultury popularnej. Na jego biegunach spotykają się przedmioty o skrajnie różnej funkcji i celu: elementy życia codziennego i sztuki. Czy jednak na pewno? Czy rzeczywiście istnieje zdecydowana odmienność między wymienionymi symbolami cywilizacji XX wieku? Czy nadal można mówić o podmiotowości sztuki w ramach zaistniałej formacji czy raczej stała się ona jednym z wielu zbanalizowanych przedmiotów, gadżetów kultury pop?

Amerykański badacz A. A. Berger w taki sposób definiuje ten fenomen:

Kultura popularna jest dla mnie czymś szerszym niż sztuki popularne. Jest to kultura ludu - jego zachowań, wartości i, w szczególności, jego rozrywek, a nie po prostu pewne formy artystyczne, które trafiają do szerszych kręgów odbiorców"
*1.

Jest to więc szerokie rozumienie problemu, biorące pod uwagę nie tylko materialne twory powstałe w ramach kręgu jej oddziaływania, lecz nawet w większym stopniu odnoszące się do jej społecznych uwarunkowań.

Większość znawców sytuuje początek omawianego zjawiska na drugą połowę XX wieku, (choć nie brak też stanowisk jak np. Toeplitza, który przesuwa jego genezę na przełom XIX i XX stulecia - okres powstawania nowych technik jak film czy fotografia) *2, co wiązało się z dynamicznym rozwojem społeczeństwa industrialnego. Tym terminem obejmuje się tak rozległe dziedziny jak film, telewizję, prasę, radio, video, muzykę popularną (np. jazz, rock), komiks, modę, nie mówiąc już o najnowszych zdobyczach elektroniki: komputerach, Internecie, rzeczywistości wirtualnej.



"Popularny", czyli powielany w wielu egzemplarzach i nastawiony na powszechny odbiór. Z tego względu wysuwa się na plan pierwszy konsumpcyjność jako jedna z głównych cech. Przedmioty pop są towarami, choć aspirują do wyższych stref znaczenia. Przynoszą użytek, przyjemność, ale niższego rzędu - zaspokajają jedynie najbardziej podstawowe instynkty ludzkie. Ta dwuznaczność niepokoiła i budziła opór teoretyków. Dwight MacDonald, jeden z pierwszych zdecydowanych oponentów kultury popularnej, odmówił jej prawa do jakichkolwiek konotacji artystycznych. Według niego utylitarność wpisana w jej naturę powoduje " ześlizg w stronę taniości i standaryzacji - jak w produkcji przemysłowej" *3. Zaś Clement Greenberg potępił wszelkie sztuki popularne jako kicz *4. Skąd bierze się tak silna negacja, skoro sam rodowód sztuki paradoksalnie tożsamy jest z rozumieniem jej jako rzemiosła, wytwarzania według reguł (od greckiego techne)?

Koncepcje Greenberga pozostają ściśle związane z ideami modernistycznymi. Istotą przemian biorących swój początek już od Maneta i impresjonistów jest ciągłe ustosunkowywowanie się sztuki do samej siebie. Postulat "czystości" każdego rodzaju sztuk jest gwarantem ich autonomii oraz wartości. W wersji Greenberga jest to jednak specyficznie pojmowany modernizm. Następuje stopniowe wypieranie nowych form przez stare - drastyczne zerwanie z tradycją nie jest jego wyróżnikiem. Nie jest to klasyczna definicja modernizmu, a raczej dowód na żywotność konwencjonalnego ujęcia sztuki. W tym kontekście nie dziwi zaprzeczenie znaczeniu sztuki czerpiącej z dokonań na polu przemysłowym, co jest przeciwstawiane takim cechom jak niepowtarzalność (pojedyncze dzieło a nie seria), oryginalność, zarówno formy i treści.
 
Nie zgodzę się, że muzyka jaką tworzy Björk powinno się odbierać w taki sam sposób jak np. Krzysztofa Krawczyka lub prace Hasiora zbieżnie z Siudmakiem, tylko dlatego, że są produktem tej samej kultury i zawierają elementy popularne...
 
 


Spór o kulturę popularną przywodzi na myśl echo niegdysiejszych podziałów na sztukę wysoką i niską *5. Sztuka elitarna z racji z swej nazwy odpowiadała gustom i poziomowi wykształcenia warstw rządzących - arystokracji i kleru, natomiast sztuka popularna tworzona na użytek najczęściej niepiśmiennego pospólstwa, zawierała spłycone treści. Krytyka kultury popularnej wywodzi się właśnie z takiego uproszczonego modelu historii sztuki. Z tym tendencyjnym obrazem polemizował m.in. Richard Shusterman udowadniając płynność pozornie skostniałych podziałów. Zakwestionował sens wielu aspektów nieodłącznie idących w parze z wyobrażeniem sztuki elitarnej jako przynależnych tylko i wyłącznie do jej sfery. Dowodził m.in., że zanim sztuka ukonstytuowała się w swojej najdonioślejszej postaci, korzystała ze źródeł popularnych *6. Nie należy zapominać, że niemalże cała twórczość sięgająca korzeniami do czasów średniowiecza czy renesansu, powstawała na zamówienie konkretnych odbiorców dla ściśle określonych miejsc. Była więc w pewien sposób podwójnie konformistyczna - miała wypełnić oczekiwania zleceniodawcy oraz po drugie, być swoim kształtem i techniką dopasowana do przestrzeni ekspozycji (np. widoczne jest to w uzależnieniu średniowiecznej rzeźby od architektury kościoła; podobnie z renesansowymi i barokowymi plafonami).

Argument o bezinteresowności i idealistycznych pobudkach twórczości tamtego okresu można też częściowo obalić z powyższych powodów - nastawienie na zysk, a przez to swego rodzaju "urynkowienie" dzieła sztuki nie jest jedynie tendencją XX wieku. Zastanawiające, w jaki sposób na ustalenie takiego dualistycznego oblicza kultury miał wpływ drastyczny rozdźwięk między warstwami ludności? Jeśli zaś założyć, że sztuka przez duże "S" zawsze była utopią i w pewnych aspektach funkcjonowała na prawidłach podobnych do swej wzgardzonej odpowiedniczki, czy w ogóle powinna mieć miejsce tak jednoznaczna krytyka kultury drugiej połowy XX wieku?

Zaburzanie ustalonych podziałów, pomieszanie stylistyk, egzystowanie w "kulturze płynności" *7. Okres wyczerpywania się postulatów awangardowych adekwatnie nazwany też "kulturą wyczerpania". Odejście od ideologii pozwalające na absolutny pluralizm twórczy. Postmodernizm koresponduje z konsumpcyjnym obrazem kultury. Jest "hipermarketem" stylistyk. Przez swoją niedookreśloność i artystyczną elastyczność potrafi zadowolić różnych odbiorców, dostosować się do bieżących upodobań. Dzieje się w "wiecznym teraz". W tym tkwi jedna z jego głównych słabości. Nie tworzy stałych wartości. Jest pogonią za ciągle zmieniającymi się trendami, modami. Podobnie negatywne skutki postmodernistycznej wolności w odniesieniu do działalności artystycznej zauważa Suzi Gablik. Istotna przemiana dokonała się w mentalności samych artystów. Charyzmatycznych geniuszów czy ideologów wierzących w ciągły postęp sztuki (jedna z podstawowych doktryn awangardy) "zastąpili profesjonaliści podporządkowani imperatywom organizacyjnym i czujący stosowny respekt dla kierowanych oficjalnymi kanałami profitów wynikających z posłuszeństwa wobec procedur instytucjonalnych" *8. Przyczyny owej transformacji leżą w niespotykanej wcześniej, niż w drugiej połowie XX wieku, skali akumulacji kapitału w dyscyplinach plastycznych, które z kolei wpłynęło na wykształcenie się tzw. "rynku sztuki". Powstała napędzana pieniędzmi machina, która poprzez swoje instytucje doprowadziła do uczynienia z tej niezależnej dotąd dziedziny - wyrachowanej profesji. Przykład undergrandowych twórców graffitti, których prace zostały zakupione przez bogate galerie, uświadamia te mechanizmy *9.

Protoplastą nowego wizerunku artysty jest niewątpliwie Andy Warhol. Nazywał sztukę biznesem, założył słynną "Factory ". Jego działalność plastyczna ujawnia wszelkie cechy kultury popularnej. Przedmioty powszechnego obiegu jak puszki Pepsi - Coli, zupy "Campbell's" oraz masowo powielane serigrafie są kwintesencją jej świata wartości - świata wielkiej produkcji, powszechności, jednolitości, ogólnej dostępności, tandety i stylu życia kreowanego przez media. Pop Art ze swoim bogatym sztafażem znalazł wiec idealne rozwinięcie w jeszcze bardziej konsumpcyjnym i nieskrępowanym postmoderniźmie. Jednak o ile popartyści przez takie wykorzystanie przedmiotów codziennego użytku rzucili nowe światło na sens pojęcia sztuki, (choć nie wyklucza to cynicznego podejścia do kwestii finansowych), o tyle w twórczości ich ponowoczesnych następców, można dopatrzyć się negatywnej tendencji do przystosowywania się do wymogów publiczności i ludzi z "kręgu świata sztuki".

Równie dobitnie jak Gablik krytyczną wizję uwikłania artystów przedstawił Jean - François Lyotard pisząc:

Artystyczne i literackie poszukiwania są więc podwójnie zagrożone: z jednej strony przez" politykę kulturalną", z drugiej strony przez rynek sztuki i literatury. Rady płynące to z jednej, to z drugiej strony, sprowadzają się do tego, by tworzyć dzieła, które odnoszą się do problemów już istniejących w oczach publiczności, do której są kierowane, dzieła tak wykonane ("właściwie skonstruowane"), by publiczność nie miała kłopotów z rozpoznaniem, o co w nich chodzi, na czym polega ich sens, by mogła świadomie wyrazić na nie zgodę lub je odrzucić, a nawet, jeśli to możliwe, wyciągnąć z akceptowanych dzieł niejakie korzyści"
*10.

Francuski filozof, co ciekawe, za obniżanie się poziomu artystycznego obwinia przede wszystkim oficjalne instytucje, nie zaś samą publiczność, której nie daje się szans wyjścia poza utarte schematy i rozwiązania.

Kino, telewizja, reklama. Co jest głównym czynnikiem łączącym różne obszary doświadczania kultury pop ze współczesną sztuką? Wydaje mi się, że ich wspólnym mianownikiem jest silne działanie poprzez obrazy. Jak twierdzi Marcin Giżycki w swojej pracy pod tytułem Koniec i co dalej?, obecnie postrzeganie wzrokowe wysunęło się na plan pierwszy przed innymi sposobami percepcji *11, natomiast Fredric Jameson współczesne społeczeństwo określa wprost mianem "społeczeństwa obrazkowego" *12.

Jednak estetyczny, czyli zmysłowy odbiór rzeczywistości, nie ma charakteru statycznej kontemplacji, do której wydawałoby się odnosi nas to pojęcie. Niegdyś estetyka i kontemplacja szły w parze z namaszczonym przeżywaniem sztuki, w dzisiejszych czasach estetyzacja obejmuje każdą, nawet najbardziej trywialną sferę życia ludzkiego. Znacząco zmienił się jej charakter. Jest gwałtowną percepcją bodźców zewnętrznych. Natłok impulsów wzrokowych wymusza szybsze i intensywniejsze na nie reakcje. Świat przełomu XX i XXI wieku jawi się jako ogromny, barwny neon uderzający jaskrawością świateł różnorodnych zjawisk. Już nie tylko my oglądamy, ile sami jesteśmy oglądani. Stanowimy część wielkiego procesu estetyzacji - zarówno jego siłą napędową, jak i elementarne składniki.

Wolfgang Welsch pisząc o estetyzacji rozróżniał wiele jej aspektów dziejących się na różnych poziomach. W podstawowym znaczeniu dotyka ona wszelkich dziedzin życia i w tym sensie jest równoważna z "upiększaniem" *13. Stąd niewielki krok dzieli ją od kiczu, który jako kategoria estetyczna rozumiany jest jako nadmiar piękna. Ten powierzchowny nurt estetyzacji wydaje mi się najbardziej zgubny dla sztuki naszych czasów. Nie tylko dlatego, że powoduje szerzenie się przeładowanych tandetnymi ozdobnikami wizualnymi "dziełek" (np. nurt neoakademicki wczesnych lat osiemdziesiątych, Jeff Koons, a na gruncie rodzimym - np. Naliwajko i jego "wielkie obrazy"), ale utrwala ten system prowadząc do trwałych zmian w sposobie myślenia ("estetyzacja głęboka"). Opisana technika bardzo dobrze sprawdza się w reklamie, gdzie liczy się wzmocnione działanie zmysłowe, szybkość następowania po sobie obrazów i spiętrzenie środków malarskich prowadzących do kiczu. Wielu dawniej lub obecnie tworzących artystów, zajmowało się reklamą lub posiłkowało się jej strategiami - poczynając od osławionego Andy'iego Warhola (wódka "Absolut"), przez związanego z nim Roberta Mapplethorpe'a (popularny zwłaszcza dzięki fotografiom luminarzy świata kultury), czy wspomnianego wyżej Jeffa Koonsa (cykl Made in heaven ).

Celem kontaktu zmysłowego z realnością poddaną estetyzacji jest odczucie przyjemności, rozrywki. Welsch mówi wręcz o "hedoniźmie jako nowej matrycy kultury" *14. Niemiecki filozof podchodzi jednak z rezerwą do tej kwestii widząc w niej wartość powierzchowną. Natomiast Shusterman, nie umniejszał znaczenia przyjemności somatycznych upatrując w nich niezbywalny walor w zetknięciu z wytworami kultury popularnej (na przykładzie żywiołowego przeżywania koncertu muzyki rockowej) *15.

Problem przyjemności, jakie niesie odbiór produktów współczesnej kultury rozrywkowej, jest też istotny z punktu widzenia refleksji nad sztuką. Czy uczucie błogości, jakie towarzyszy podziwianiu dzieła sztuki jest rozbieżne, czy też może identyczne z zadowoleniem płynącym z doświadczania dzieł popularnych? Większość znawców tematu odpowiedziałoby zapewne twierdząco na pierwszą część postawionego pytania. W świadomości ludzkiej (czy raczej w nieświadomości zbiorowej) istnieje bowiem przekonanie, że sztuka jest generatorem wyższych wartości, wychodzących poza obszar czysto sensualnych reakcji. Właśnie to przekraczanie kręgu "znanego", materialnej rzeczywistości w stronę rozkoszy intelektualnych bądź duchowych jest zarezerwowane dla prawdziwej sztuki. Sztukom popularnym odmawia się prawa do rodzenia głębszych znaczeń i treści, spychanym do poziomu gorszych, ludycznych rozrywek. Roland Barthes w Przyjemnościach tekstu wyróżnia dwa rodzaje satysfakcji podczas obcowania z lekturą. Pierwsza z nich to plaisir , czyli przyjemność, której źródłem jest zrozumienie treści i umieszczenie tekstu w szerszym kontekście kulturowym oraz jouissance stanowiąca radość dla ciała i zmysłów *16. Te dwa rodzaje stanów zachodzą jednak w obrębie tego samego przekazu pisemnego. Jeden nie wyklucza drugiego. Odwrotnie niż w sztuce, gdzie analogiczne przyjemności nie mogą koegzystować w jednym dziele. Przełom postmodernistyczny nie wymazał jak widać sztucznych podziałów z mentalności teoretyków, a tym bardziej mniej zorientowanych odbiorców. Nie twierdzę, że każdy obiekt kultury popularnej zasługuje na nobilitację, ale uważam, że możliwy jest wielostopniowy odbiór jednego przedmiotu, a prymitywna, najbardziej podstawowa satysfakcja nie neguje występowania bardziej skomplikowanych poziomów interpretacji w jednym utworze. Może za taki uproszczony wzorzec postrzegania odpowiedzialny jest wrodzony umysłowości zachodnioeuropejskiej dualny model percepcji klasyfikujący większość zjawisk na zasadzie opozycji?

Kino jest jednym z tych mediów kultury popularnej, które działając poprzez obrazy (wzmocnione dzięki wielkości ekranu filmowego) dostarcza kilkustopniowych przyjemności. Kondycja kinematografii pod koniec XX wieku zdradzała i nadal zdradza wiele paralelności z rozwojem sztuk plastycznych. Na kilku przykładach postaram się ukazać, w jaki sposób następowało mieszanie wpływów i wymiana własności między obydwoma rodzajami dyscyplin.

Postmodernizm objawił się z całą mocą także w kreacjach filmowych. Sztandarową manifestacją tego typu obrazowania jest dla mnie Pulp fiction Q. Tarantino. Symptomatyczny jest już sam tytuł odsłaniający zainteresowania jego twórcy: zamiłowanie do tego, co Jameson w tekście o postmoderniźmie przedstawia jako uleganie

(.) fascynacji całym tym krajobrazem reklam i moteli, główną ulicą Las Vegas, nocnymi programami telewizyjnymi i hollywoodzkimi filmami klasy B, jak również tak zwaną paraliteraturą z jej lotniskowo -poczekalniowymi podziałami gatunkowymi na powieść gotycką i romans, popularną biografię, historię kryminalną, science - fiction i powieść fantasy"
*17.

Pulp fiction
- to właśnie będąca wytworem kultury pop literowa papka, szmatława książka z banalnymi historyjkami sensacyjnymi. Tarantino wciąga w swoją wyrafinowaną grę, której wyszukanie opiera się właśnie na pozornym braku maestrii - degraduje opowieść w naszych oczach (przed rozpoczęciem właściwej projekcji pojawia się plansza ze słownikową definicją pulp fiction). Pozornie narracja przebiega zgodnie z zapowiedzianym schematem, dopiero powoli odkrywając bogactwo intertekstualnych znaczeń. Jest tu nawiązanie do klasycznego filmu gangsterskiego i muzycznego, czarny humor, odwołanie do równie słynnych Urodzonych morderców (scena w barze z parą zakochanych w sobie złoczyńców), a nawet specyficzne odniesienie do średniowiecznego moralitetu (swoiste "nawrócenie" płatnego mordercy Julesa Winiefielda), a wszystko potraktowane z postmodernistyczną niedbałością i przymrużeniem oka. Na podstawowym poziomie jest, więc Pulp fiction schematyczną rynsztokową opowiastką, na dalszym planie dokonuje swobodnego mieszania sprzecznych konwencji, podejmuje dyskurs popkulturowy oraz wykazuje oryginalną koncepcję prowadzenia narracji (zaburzona chronologia powodująca efekt "otwartości kompozycji"). Dzieło Tarantino jest przeniesieniem w sferę filmową zasady "podwójnego kodu" Charlesa Jencksa *18, pozwalającej na odbiór na dwóch płaszczyznach - potocznej, zrozumiałej dla przeciętnego widza oraz specjalistycznej, wymagającej znajomości zaawansowanego klucza interpretacyjnego.

Urodzeni mordercy O. Stone'a wraz z Pulp fiction Q. Tarantino tworzą swoisty dyptyk przemocy. Łączy je też podobieństwo strukturalne. Czas ich powstania przypada mniej więcej na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych. W Polsce to okres aktywności artystów spod znaku "sztuki krytycznej". Prace takich twórców jak Artur Żmijewski, Alicja Żebrowska czy Katarzyna Kozyra eksponują wstydliwe prawdy o człowieku i jego ciele jako organiźmie zdestruowanym przez chorobę, przemoc czy starość. Eskalacja zniszczenia, jaka miała miejsce na ekranach kin znalazła swój odpowiednik w dylematach sztuki. Przemoc nabrała wizualnie dosłownego wymiaru.

Romeo i Julia B. Luhrmanna ukazuje typową strategię postmodernistyczną opartą na pastiszu i cytacie. Film czerpiący z klasycznego dramatu szekspirowskiego przenosi akcję do Ameryki XX wieku. Szybki sposób montażu i dynamiczna ścieżka dźwiękowa upodobniają go do wideoklipu emitowanego w MTV. Jego konstrukcja jest tak pomyślana, aby przyciągnąć do kina szczególnie młodzież - stąd wiele scen pościgów, bójek między gangami Montecchich i Capulettich (zastępujące dostojne werońskie rody z pierwowzoru). Zbarbaryzowana klasyka dostosowana do potrzeb niewyszukanej publiczności, czy próba wyjścia poza konwencję adaptacji arcydzieł literatury? Pozornie wydawać by się mogło, że to profanacja uświęconego kanonu. Jednak nawet przesadne wyeksponowanie młodości nie jest tylko chwytliwym zabiegiem reklamowym, ale próbą rewizji tradycji teatralnych i filmowych przedstawień dziejów Zakochanych. Przeciwnie niż w oryginalnym tekście, gdzie tytułowi bohaterowie są w wieku młodzieńczym, aktorzy grający te role byli najczęściej dojrzałymi ludźmi, co w rezultacie dawało efekt drażniący, wręcz komiczny (wyjątkiem filmowa wersja Franca Zefirellego). Koncepcja Luhrmanna poszła, więc o krok dalej - nie tylko przywróciła wiarygodność historii, co ustosunkowała się do tradycji inscenizacji Romea i Julii , zajmując w niej nowe miejsce. Kontakt z dziełem Szekspira nie został całkowicie przerwany, gdyż scenariusz uwzględnił pierwotną wierszowaną wersję dramatu. Dzięki takim zabiegom powstała nowa jakość, pozwalająca odczytać angielskiego dramatopisarza z perspektywy końca XX wieku. Derridiańska metoda dekonstrukcji patronowała Luhrmannowi. Podobnie opracował swój inny film Moulin Rouge , gdzie pozwolił na nietypowe spotkanie realiów fin du siecle 'owego Paryża z muzyką popularną końca XX wieku. Charakterystyczne, że rzecz dziejąca się pośród cyganerii artystycznej (jednym z kluczowych bohaterów jest Henri Toulouse - Lautrec) jest też w pewnym sensie kolażem, wmontowanym w fabułę filmu obrazem dekadenckiej sztuki francuskiej. Sceny z aktorkami śpiewającymi i grającymi w kabarecie są ożywioną postacią plakatów rewiowych z Jeanne Avril tworzonych właśnie przez wspomnianego artystę. Postmodernistyczna przebieranka w modernistyczny kostium.

Sztuki plastyczne nawiązują podobny dialog z tradycją. Francis Bacon, Jeff Koons, Cindy Sherman, Orlan, Robert Mapplethorpe oraz Tadeusz Kantor czy Katarzyna Kozyra -twórczość wymienionych artystów centralizowała się wokół wykorzystywania utrwalonych motywów z pamięci sztuki. Fascynacja renesansowymi ( Św. Jan Chrzciciel jest przetworzeniem tego samego tematu z Leonarda) i barokowymi wątkami jak w przypadku Jeffa Koonsa, fotografie upozowanej na postaci ze słynnych dzieł sztuki Sherman, zdjęcia Mapplethorpe'a zainspirowane atletycznością starożytnych rzeźb, motywy z Velasqueza u Kantora i Bacona, a zwłaszcza wideoinstalacje Kozyry - ukazują jeden z wielu możliwych sposobów kreacji doby ponowoczesności, który analogie znajduje w działalności filmowców. Szczególnie interesujące w kontekście porozumienia między filmem a sztukami plastycznymi są fotografie Cindy Sherman, w których stylizuje się na postaci znane z ekranu kinowego oraz projekcje Kozyry, gdzie medium właściwe sztukom popularnym (taśma filmowa) stało się nośnikiem treści stricte artystycznych ( Łaźnia).

Jesus Christ Superstar, Ostatnie kuszenie Chrystusa, a z zwłaszcza Dogma K. Smitha mówią sporo o kondycji religijnej społeczeństwa naszych czasów. Postmodernistyczna utrata wiary w ideologie chyba najdrastyczniej objawiła się w stosunku artystów do religii. Niewybredne żarty z dogmatów katolickich, jakie zawiera film Smitha (13 ciemnoskóry Apostoł, Bóg jako infantylna dziewczynka, grany przez gwiazdę muzyki pop-rockowej - Alanis Morissette) są sprowadzaniem świętości do czegoś zwykłego, banalnego. Obrazoburczość utworów filmowych koresponduje z pracami takich artystów jak Andreas Serrano, Maurizzio Cattelan lub Orlan, które również w bezkompromisowy sposób łamały sakralne tabu.

Marcin Giżycki jest autorem artykułu Czy Baudrillard widział Zabriskie Point *19. Mnie zastanawia natomiast czy mógł widzieć film braci Wachovskich pt. Matrix? Akcja tej futurystycznej opowieści dzieje się w świecie, sztucznie wykreowanej przez dominujące komputery, realności. Odnosi się do popularnego, szczególnie od lat osiemdziesiątych, gatunku antyutopii science - fiction , której przewodnim motywem jest walka ludzi ze zbuntowanymi maszynami (np. Łowca androidów, Terminator). Jednak tym, co wyróżnia Matrix z zalewu podobnych produkcji jest nieświadomość ekranowego człowieka, że uczestniczy w fikcji. Wyróżnienie obiektywnej prawdy jest niemożliwe, ponieważ stała się ona pozorem pozoru ("prawdziwy" świat jest programem komputerowym). Treści te zadziwiająco pokrywają się z poglądami Jeana Baudrillarda. Stworzył on teorię simulacrum, która opiera się na "(...)podstawianiu w miejsce rzeczywistości znaków rzeczywistości(...)" *20. W ten sposób następuje likwidacja referencyjności, a przez to śmierć realności. Można już jedynie ją symulować. Cytat "Rzeczywistość jest produkowana przez mikroskopijne komórki, matryce i moduły pamięci, systemy operacyjne - da się ją zatem powielać w nieskończoność" *21 brzmiałby równie dobrze jako motto realizacji braci Wachovskich. Kino, reklama, ogólnie rzecz biorąc media to główny obszar występowania simulacrum. Powstająca obecnie sztuka przyswaja sobie najnowsze media i wykorzystuje w swoich rozwiązaniach sposoby ich działania. Bogactwo elektroniki, DVD, obraz cyfrowy, specjalna animacja stanowią wachlarz możliwości dzisiejszych artystów. W Polsce zajmuje się tymi technikami chociażby Konrad Kuzyszyn, a nawet reprezentant "starej gwardii" - Józef Robakowski wydaje się być ostatnio zainteresowany.

Przedstawiłam tak obszerną analizę filmu, ponieważ na konkretnych przykładach łatwiej zaobserwować pewne zjawiska. Ruch pomiędzy klasyfikowanym do sztuk popularnych kinem a sztukami plastycznymi zachodzi w obie strony. Są przecież w dużym stopniu różnymi emanacjami tej samej kultury.

Czy więc kultura popularna jest zagrożeniem dla sztuki czy szansą zbliżenia jej do odbiorców? Obok tego można postawić też inne: Czy w zbliżeniu sztuki do odbiorców musi tkwić zagrożenie?

W pewnym sensie nie dziwi mnie zajadła krytyka kultury popularnej u MacDonalda czy Greenberga. Obserwowali oni bowiem dopiero narodziny tej "anomalii". Obraz świata zmienił się radykalnie. Wszystko dla wszystkich, wszystko ogólnie dostępne i jednakowe- to powodowało lęk przed uniformizacją jak w huxley'owskim Nowym wspaniałym świecie.

Problem tkwi w rozumieniu czym jest sztuka. Awangarda dokonała co prawda jej zrównania z życiem, ale na innych zasadach niż to czyni kultura pop. Przez ciągłą negację zachodziło rozszerzanie jej zakresu, ważne było podejście ideologiczne. W oburzeniu krytyków nad kulturą popularną brzmi nuta tradycyjnego pojmowania sztuki. Jakkolwiek nie patrzeć na rozpatrywany problem: czy występuje się ze stanowiska awangardowego czy postmodernistycznego - w kulturze społeczeństwa XX wieku upatruje się wszelkiego zła. Sztuka rozumiana jako dziedzina w pełni bezinteresowna, oryginalna, będąca manifestacją najwyższych ideałów ludzkości tak naprawdę nigdy nie istniała. Dawne rozróżnienie na sztukę wysoką i niską wydaje mi się bardziej wynikiem izolacji społecznej i materialnej między ludźmi niż jakąś obiektywną zasadą. Sztuka ma już za sobą okres heroicznego rozwoju - klasyfikowania stylów i budowania kierunków, nawet awangardowej negacji tego, co wygenerowała w dawnych wiekach. Zatoczyła pełne koło, zwracając się w stronę przeszłości, co objawiło się w postmoderniźmie. Epoka ponowoczesności znalazła sojusznika w konsumpcyjnej kulturze XX stulecia. Pozytywną cechą postmodernizmu jest zarzucenie podziałów prowadzące często, jeśli nie do nowatorskich (bo trudno dziś o takie), to przynajmniej intrygujących kompilacji. Jednak niebezpieczeństwo zauważam w tym, co mogę określić jako profesjonalizację oraz urynkowienie sztuki. Procesy, które opisała między innymi Gablik i Lyotard w połączeniu z "hiperestetyzacją" rzeczywistości są niewątpliwie rażącym wykwitem na nieskrępowaniu dzisiejszych twórców. Dokonania Koonsa, Siudmaka, Naliwajki lub Sasnala, będące najczęściej poligamicznym mariażem między pieniędzmi, konformizmem a sztuką, stanowią też przykład umacniania poetyki wulgarnego kiczu.

Przyjemność jaka towarzyszy kontaktowi ze sztuką nastręcza również wiele trudności. Czy tym samym jest podziw i zadowolenie wynikłe z odbioru dzieł Rubensa jak oglądanie prac współczesnych artystów korzystających z elementów kultury popularnej? Wydaje mi się, że jest to możliwe (choć nie zawsze). W obu przypadkach możemy mieć do czynienia z podstawowym uwrażliwieniem na jakości barwne, dbałość o kompozycję i precyzję techniczną. Zawsze więc występuje pierwotna płaszczyzna podobieństwa odbioru, czy chodzi o twory sztuki dawnej czy najnowszej. Tym co wpływa na afirmatywne wartościowanie obiektów sztuki jest jednak wyjście poza powierzchowny (czyli tylko wizualny) próg przyjemności ku wyższej satysfakcji jaką jest intelektualne czy intuicyjne odczytanie idei dzieła. Antagoniści kultury popularnej widzą sprawę bezrefleksyjnie: prawo do głębszego zaspokojenia dając tylko tradycyjnym dziełom sztuki (pomijając milczeniem fakt, że nawet te utwory mogą sprawiać przyjemność "niższego rzędu"), a realizacjom z kręgu współczesnej kultury odmawiając tego prawa (dodatkowo wulgaryzując przyjemność jaką niosą). Czy zawsze w tym drugim przypadku występowanie radości czysto zmysłowych musi oznaczać brak zadowolenia umysłowego? Oczywiście tak często się dzieje, ale wiele przykładów artystycznych drugiej połowy XX wieku zadaje kłam takim twierdzeniom.

Zakres pojęcia "kultura popularna" jest tak szeroki, że niemożliwe jest jednoznaczne ustosunkowanie się do tego problemu. Błędem myślenia wielu teoretyków (łącznie z Shustermanem) jest uogólnianie i sprowadzanie takich dyscyplin jak film, muzyka, literatura, prasa, komiks itd. do jednej zasady organizacyjnej. Nie zgodzę się, że muzyka jaką tworzy Björk powinno się odbierać w taki sam sposób jak np. Krzysztofa Krawczyka lub prace Hasiora zbieżnie z Siudmakiem, tylko dlatego, że są produktem tej samej kultury i zawierają elementy popularne. Potrzeba specjalistycznej analizy i badań nad poszczególnym obszarami współczesnej kultury w celu stworzenia adekwatnej terminologii. Dysponując "archaicznymi" definicjami nie można opisywać nowych zjawisk.

Odpowiedzenie na tytułowe pytania nastręcza z tego względu wiele trudności. Kultura popularna daje nowy materiał sztuce, dzięki czemu powstają dzieła, które można interpretować na zasadzie "podwójnego kodu", ale też zbytnie eksploatowanie jej form prowadzi do artystycznego banału i uczynienia ze sztuki pozbawionego znaczeń przedmiotu handlu. Trzeba też zdać sobie sprawę, że innej opcji nie ma - znajdujemy się w fazie rozwoju cywilizacji, która wydała na świat kulturę o takim charakterze. Można ją negować, tęsknić za powrotem "znanego" (nostalgia jest też jedną z cech myślenia postmodernistycznego) albo zaakceptować. Nie twierdzę, że należy wszystko przyjąć, ale rozwijać te cechy, w których tkwi potencjał. Jak stwierdził Giżycki: Czy można mówić o kryzysie, gdy staje się on stanem permamentnym?" *22.


Eva Milczarek






1 A. Berger, Pop Culture, Dayton 1973, s. 8.
2 K. T. Toeplitz, Wszystko dla wszystkich. Kultura masowa i człowiek współczesny, Warszawa 1981, s. 23.
3
D. MacDonald, Teoria kultury masowej, [w:] Kultura masowa, red. Cz. Miłosz, Kraków 2002, s. 20.
4 C. Greenberg, Awangarda i kicz, [w:] op. cit., s. 48.
5 K. T. Toeplitz, Wszystko dla wszystkich. Kultura masowa i człowiek współczesny, Warszawa 1981 , s. 12.
6 R. Shusterman, Forma i funk: sztuka popularna jako wyzwanie estetyczne, [w:] Estetyka pragmatyczna - żywe piękno i refleksja nad sztuką, Wrocław 1998, s. 248.
7 A. Kępińska, Sztuka w kulturze płynności, Poznań 2003, s. 5.
8 S. Gablik, Pluralizm. Tyrania wolności, [w:] Postmodernizm - kultura wyczerpania?, red. M. Giżycki , Warszawa 1988, s. 161.
9 S. Gablik, op. cit., s. 155.
10 J. F. Lyotard, Odpowiedź na pytanie: co to jest postmodernizm?, [w:] Postmodernizm: antologia przekładów, red. R.Nycz, Kraków 1988, s. 54.
11 M. Giżycki, Koniec i co dalej?, Gdańsk 2001, s. 66.
12 F. Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, [w:] Postmodernizm: antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1988, s. 193.
13 W. Welsch, Procesy estetyzacji. Zjawiska, rozróżnienia, perspektywy, [w:] Sztuka i estetyzacja, red. M. Golka, K. Zamiara, Poznań 1999, s. 12.
14 W. Welsch, op. cit., s. 14.
15 R. Shusterman, Forma i funk: sztuka popularna jako wyzwanie estetyczne, [w:] Estetyka pragmatyczna - żywe piękno i refleksja nad sztuką, Wrocław 1998, s. 234.
16 R. Barthes, The pleasure of the Text, New York 1975, s. 78.
17 F. Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, [w:] Postmodernizm: antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1988, s. 192.
18 Ch. Jencks, The Language of Post - Modern Architecture, London 1981, s. 6 i 42.
19 M. Giżycki, Czy Baudrillard widział Zabriskie Point, "Kino" 1992, nr 3, s. 2 - 7.
20 J. Baudrillard, Precesja symulakrów, [w:] Postmodernizm: antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1988, s. 177.
21 J. Baudrillard, op. cit., s. 176.
22 M. Giżycki, Koniec i co dalej?, Gdańsk 2001, s. 28.
 
   
Eva Milczarek

Rocznik 1982. Prawie historyk sztuki i krytyk artystyczny, niedoszły filmoznawca.
Współpraca z łódzką Galerią Manhattan i miesięcznikiem studenckim
"Semestr". Wielbicielka średniowiecza, kotów (zwłaszcza rudych i
czarnych), wiedzy ezoterycznej oraz wszelkiego rodzaju dziwności i
mistycyzmów.
 
 














do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek