powrót do strony głównej
    _ Numer archiwalny: 01 _ Listopad 2005 - Spis treści 
powrót do strony głównejpowrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   




   
powrót do numeru aktualnego
strona
 

16
-->
wywiad powiązany z tematem numeru "Fizyczność księgi"
   
   

_________________________________________________________________________________________
   
pytał: zalibarek

PUZDRO- Termin "liBeratura" zrodził się całkiem niedawno. Takie definicje, z reguły, są świadomą potrzebą precyzyjnego określenia postawy, która wydaje się nam nowa lub nabiera posmaku nowości w zderzeniu z konkretną sytuacją dziejową. Czy była jakaś wyższa potrzeba opisania tego zjawiska akurat w kontekście naszego polskiego "dzisiaj", czy miało miejsce umocowanie w historycznym backgroundzie?

Fajfer- Dotykamy tu istotnej, jak sądzę, kwestii nazywania, nadawania imienia. Poszerzanie ludzkiej wiedzy to przecież nic innego jak poszerzanie słownika. Pytanie: czy może istnieć coś, co nie ma nazwy? Oczywiście, że może. Inna sprawa, czy możemy o tym sensownie rozmawiać. Z tym już znacznie gorzej. Ale jeszcze gorzej jest wtedy, gdy posługujemy się nazwami i definicjami mętnymi, mało precyzyjnymi, powodującymi więcej zamieszania niż rzeczywistego pożytku. Odnosi się to do wszelkich teorii, nie tylko w naukach matematyczno-przyrodniczych. Powie ktoś, że na terenie sztuki są to tylko etykietki, nie mające większego znaczenia dla opisywanych zjawisk. I tak, i nie. W sztuce praktyka jest najważniejsza, ale teoria również jest ważna. To element naszego samopoznania. Jeśli go lekceważymy (co jest nagminne u artystów), jeśli lekceważymy na przykład teorię dzieła literackiego, to tak naprawdę odnosimy się lekceważąco do samego dzieła.

Idea liberatury wyrosła przede wszystkim z refleksji nad własną twórczością. Czując się pisarzem miałem jednocześnie świadomość, że moim tworzywem nie jest wyłącznie język.

Mierzyłem w dzieło totalne, literaturę totalną - literaturę mówiącą nie tylko słowami, ale całą książką, czyli także kształtem pisma i przestrzenią wokół słów.

Chciałem literatury, w której autor jest odpowiedzialny za wszystko, w której książka jest częścią dzieła, a więc również podlega procesowi twórczemu. Nie chciałem być tylko dostarczycielem tekstu, z którym w wydawnictwie mogą zrobić co zechcą. W mojej holistycznej wizji pisarza nie było miejsca dla redaktorów czy grafików, nie godziłem się też na dyktat drukarza czy introligatora. Książka miała wyglądać tak jak chce autor, a nie wydawca. Tą książką było pisane w latach 1988-1999 "Oka-leczenie", którego współautorką jest Katarzyna Bazarnik - rzecz nie wydana jeszcze oficjalnie, istniejąca jedynie w 9 prototypowych egzemplarzach przygotowanych w 2000 roku. "Oka-leczenie" ma nowatorską formą literacką (żeby zaciekawić powiem tylko, że jest tam między innymi tekst niewidzialny), która wymusiła odejście od tradycyjnej kodeksowej formy na rzecz trójksięgu, czyli książki zbudowanej z trzech złączonych grzbietami tomów. Ten niekonwencjonalny wygląd książki bardzo wcześnie, jeszcze w fazie pisania, rodził pewne nieporozumienia. Zaczęliśmy się obawiać, że zostanie ona odebrana jako książka artystyczna, czyli utwór o dominancie plastycznej, a nie dzieło literackie. Nie była to interesująca perspektywa, ponieważ "Oka-leczenie" było przeznaczone dla czytelnika, a nie dla kolekcjonerów czy galerii. Należało więc znaleźć argumenty za przynależnością tej książki do obszaru literatury. I wtedy okazało się, że stanowisko literaturoznawców było tu mało przydatne, ponieważ w analizie dzieła literackiego pomijali oni całkowicie jego aspekt materialny. Tak jakby książka była jedynie mało znaczącym pojemnikiem dla słów. Nawet jeśli w przypadku większości utworów rzeczywiście tak jest, to przecież znane są od tej reguły wyjątki. I właśnie z myślą o tych wyjątkach w czerwcu 1999 wysunąłem ideę liberatury.

Termin "liberatura" ma tę zaletę, że zawiera łacińskie "liber" oznaczające książkę, a jednocześnie nie przestaje pobrzmiewać w nim literatura. Jest to literatura wzbogacona o dodatkowe atrybuty, na tyle istotne, że na łamach "Dekady Literackiej" w eseju "Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich" zaproponowałem uznanie liberatury za czwarty rodzaj literacki. Czwarty, lecz od dawna istniejący. Tyle, że nikt go wcześniej nie dostrzegał. Bowiem na terenie literatury już wcześniej istniały utwory, z którymi krytycy i teoretycy nie bardzo wiedzieli co począć, jak je zaklasyfikować. Utwory wykraczające poza sztywne ramy tekstu rozumianego jako zwykły zapis mowy, operujące materią pisma w fizycznej przestrzeni książki.

Takim utworem jest na przykład opublikowany w latach 1759-67 "Tristram Shandy" Laurence'a Sterne'a, w którym autor świadomie i bardzo umiejętnie wykorzystuje powierzchnię kartki i całego tomu. Co więcej, książka jest tu właściwym miejscem akcji powieści, a jej głównym wątkiem jest proces jej pisania. Inny przykład takiej wczesnej liberatury to sławny poemat Stéphane'a Mallarmégo "Rzut kośćmi", w którym charakterystyczna jest różnorodność zastosowanych krojów pisma i nowatorskie wykorzystanie przestrzeni. Pierwsza wersja ukazała się jeszcze za życia autora, w 1897 roku w piśmie Cosmopolis i liczy 9 stron. Ale ze strony poety był to kompromis wymuszony faktem publikowania na łamach czasopisma. Ostateczna wersja, opublikowana w roku 1914, została rozciągnięta do 21 stron, i to w niej właśnie mamy ową słynną pustą przestrzeń, ciszę niezadrukowanej powierzchni kartki. Likwidując podział na strony recto i verso, i każąc czytelnikowi obie strony traktować jak jednolitą płaszczyznę, Mallarmé uzyskał zupełnie nową jakość - słowo nierozerwalnie stopione z materią książki. W konsekwencji dał nam poemat, który zawsze powinien być wydawany tak samo, w identycznym układzie typograficznym i przestrzennym. Tutaj wszelkie edytorskie zmiany, w innych utworach zupełnie nieistotne, są ingerencją w samo dzieło, zaburzają je, zmieniają jego przekaz. I dlatego są absolutnie niedopuszczalne.

Jeszcze innym przykładem literatury wymykającej się stosowanej przez literaturoznawców siatce pojęć, są iluminowane poematy Blake'a, w których słowo wchodzi w relację z obrazem, tworzy z nim nierozerwalny związek. Krytycy i wydawcy jakoś wciąż nie mogą się z tym faktem pogodzić, wciąż nie potrafią przyjąć dzieła Blake'a w całości, czyli takim, jakie ono w istocie jest. W rezultacie krytycy sztuki zajmują się głównie rysunkami, natomiast krytycy literaccy i (co gorsza) wydawcy - samymi tekstami. Ale trudno się temu dziwić, jeśli ani jedni, ani drudzy nie są teoretycznie na taką sytuację przygotowani, nie mają odpowiednich narzędzi. Sądzę jednak, że wkrótce to się zmieni, że w światku akademickim coś drgnie. Z tego co się orientuję (zaglądając przez ramię autorki), Katarzyna Bazarnik z Uniwersytetu Jagiellońskiego kończy właśnie pisać pracę doktorską poświęconą strukturze przestrzennej "Finnegans Wake", która jest nie tylko nowym spojrzeniem na ostatnią książkę Joyce'a, ale również na dzieło literackie jako takie. Przy analizie "Finnegans Wake" idea liberatury okazała się bardzo użyteczna, pozwoliła uchwycić totalny charakter joyce'owskiego dzieła. Na zaproszenie prof. Tabakowskiej oboje z Katarzyną uczestniczyliśmy też w tegorocznym The Fifth International Symposium "Iconicity in Language and Literature", które po raz pierwszy odbywało się w Polsce, wydając z tej okazji anglojęzyczną broszurę poświęconą liberaturze. Można więc powiedzieć, że idea poszła w świat. Jestem przekonany, że wkrótce przyniesie to owoce, ponieważ koncepcja liberatury jako odrębnego rodzaju literackiego, pozwala niejedno klasyczne dzieło zobaczyć w zupełnie nowym świetle.






PUZDRO- Czy można określić w kilku punktach sztywne cechy przynależności dzieła do liberatury?

Fajfer- Liberatura to rodzaj literacki, którego cechą konstytutywną jest nierozerwalna więź tekstu z fizyczną przestrzenią książki (w przypadku krótszych form, jak na przykład liberackie wiersze, będzie to powierzchnia kartki). Książka jest integralną częścią utworu, a wszystkie jej elementy mogą być nośnikami znaczenia. W typowym dziele liberatury przekaz idzie nie tylko poprzez język, ale również sposób zapisu i przestrzeń zapisu, niekiedy także obraz. Zazwyczaj ważne są także wszelkie proporcje liczbowe.

Książka liberacka jest projektem w pełni autorskim (choć niekoniecznie jednego autora), a jej kształt, budowa i materiał, z którego zostaje wykonana, mogą być całkowicie dowolne. Oznacza to, że wydawca powinien być wierny wizji autora, jakiekolwiek zmiany są tu niedopuszczalne. Oczywiście książka może mieć również wygląd tradycyjny, kodeksowy, o ile autor tak zadecyduje.
Równie dowolny może być wygląd i przynależność gatunkowa tekstu, który - mimo obecności w utworze elementów pozawerbalnych - nadal pełni tutaj dominującą rolę. W liberaturze tekst jest najważniejszy - podobnie jak muzyka jest najważniejsza w operze. Słowu podporządkowane jest wszystko, cała książka.
W tym momencie każdy szanujący się wydawca powie, że przecież w jego fachu chodzi dokładnie o to samo: żeby wszystkie elementy książki podporządkować słowu. Zgoda, ale różnica jest zasadnicza - w tradycyjnie rozumianej literaturze książka nie jest częścią dzieła, tylko nośnikiem tekstu i tenże nośnik może przyjmować różne formy nie wpływając zasadniczo na odbiór utworu.

Bywa, że książka ma na pozór z liberaturą niewiele wspólnego. Na przykład "Molloy" Becketta: "zwykły" tom, "zwykły" tekst, żadnych graficznych czy introligatorskich fajerwerków. Po czym okazuje się, że obie części książki mają identyczną ilość stron. Widać, że autor myśli nie tylko o znaczeniach tekstu, ale również o powierzchni, jaką ten tekst zajmie, ta symetria jest dla niego ważna. W jego późniejszych utworach, takich jak "Dzyń" czy "Bez", wyliczone już będzie każde słowo - Beckett ma pełną kontrolę nad przestrzenią tekstu. I to już jest liberatura. Albo składający się z czterech tomów "Kwartet aleksandryjski" Durrella. Liberackość tego dzieła polega właśnie na jego przestrzenności. Mamy tu historię opowiadaną z trzech różnych perspektyw jednocześnie, tak jakby każdy z tomów był jedną z osi układu współrzędnych (czas "wchodzi do gry" dopiero w tomie czwartym). Bardzo ważna jest więc fizyczna odrębność każdej części "Kwartetu" i jeśli wydawca tej odrębności nie uszanuje, tylko wyda to w jednym opasłym tomiszczu (czasami to się zdarza), to zniszczy bardzo ważny element utworu.
Jednak zdarza się również sytuacja odwrotna, że pozornie coś na liberaturę wygląda, a liberaturą nie jest, a jedynie fajerwerkiem grafika, drukarza i introligatora. Mam tu na myśli różnego rodzaju "piękne" wydania zwykłych książek, przeznaczone dla kolekcjonerów edycje bibliofilskie, na które wydawca nie szczędził środków i fantazji. Jak mawia Radosław Nowakowski - liberatura to nie książka piękna, to książka znacząca. Sztuka polega więc na umiejętności czytania książki. CAŁEJ książki.

W liberaturze ważny jest nie tyle czynnik wizualny, co przede wszystkim jej aspekt przestrzenny, fizyczność tekstu i książki.

Tutaj słowo swoją magiczną mocą nie tylko przestrzeń tworzy, ale również zajmuje przestrzeń, podbija przestrzeń, podporządkowuje ją sobie. Powiedziałbym, że przestrzeń to jest właśnie to, co liberatura wnosi do literatury.




PUZDRO- Jak termin "liberatura" określa się w stosunku do "książki artystycznej, unikatowej", o której też piszemy w bieżącym PUZDRZE - uzupełnia się, istnieje w opozycji?

Fajfer- Ponieważ w liberaturze dziełem jest nie tylko tekst, siłą rzeczy między obiema tymi dziedzinami muszą istnieć pewne podobieństwa. Jednak z faktu, że czynnik materialny odgrywa w liberaturze tak wielką rolę nie wynika jeszcze, że jej wytwory należy zaliczać do książki artystycznej, podobnie jak nie postawimy znaku równości między kinem a teatrem, mimo że i w filmie i na scenie występują aktorzy. Oczywiście istnieją również utwory, które można zaliczyć zarówno do liberatury, jak i do książki artystycznej, chociażby wspomniane już poematy Blake'a. Ale już "Tristrama Shandy", "Rzutu kośćmi" czy "Finnegans Wake" Joyce'a do książek artystycznych nie zaliczymy.
 



Dzieła liberackie czy protoliberackie tworzone były właściwie od zawsze i pod każdą szerokością geograficzną. Liberatura pojawiła się wraz z narodzinami pisma, bo to przecież wtedy zrodził się problem przestrzeni zapisu.


W liberaturze najważniejsze jest słowo, co oznacza, że każde odejście od edytorskich konwencji ma swoje literackie uzasadnienie. Natomiast książka artystyczna należy do dziedziny sztuk plastycznych, tam słowo jest tylko jednym z elementów, o ile w ogóle występuje.

Książka liberacka przeznaczona jest do czytania i do publikowania w zwykłych nakładach. Jeśli jakiś tytuł jest unikatem, to zazwyczaj ze względu na związane z jego wydaniem problemy techniczne. Z kolei w przypadku większości książek artystycznych unikatowość należy do ich cech konstytutywnych.
Warto może przytoczyć bardzo reprezentatywną dla liberatury wypowiedź angielskiego pisarza B. S. Johnsona, autora między innymi słynnych "The Unfortunates" - powieści wydanej w postaci kartek i arkuszy włożonych luzem do pudełka: "Kiedy odchodzę od konwencji, dzieje się tak dlatego, że konwencja nie zdała egzaminu, nie nadaje się do przekazania tego, co chcę powiedzieć. Istotne są pytania: czy każdy środek jest odpowiedni, czy osiąga to, co ma osiągnąć, o ile gorsze były inne rozwiązania. Dlatego też każdy środek, jaki stosuję, ma literackie - racjonalne i techniczne - usprawiedliwienie; ten, kto nie może tego zaakceptować, po prostu nie zrozumiał problemu, jaki miał być rozwiązany."
Jeśli więc liberatura istnieje w opozycji do czegokolwiek, to wyłącznie do tradycyjnego literaturoznawstwa, nie dostrzegającego jej istnienia.



PUZDRO- Wszelkie kulturalne nowalijki są błyskawicznie asymilowane przez popkulturę. Czy liberatura, która w chwili obecnej istnieje w ciepłej, małonakładowej niszy, może kiedyś żyć w obiegu kultury masowej?

Fajfer
- To zależy od tego, jak postrzegamy liberaturę. Jeśli jako kulturalną nowalijkę, która narodziła się dopiero wraz z pojawieniem się terminu, to faktycznie jest to wciąż jeszcze istniejąca poza oficjalnym obiegiem, kojarzona głównie z działalnością Katarzyny Bazarnik, Zenona Fajfera i Radosława Nowakowskiego, małonakładowa nisza. Trudno, żeby było inaczej, skoro zjawisko miałoby liczyć zaledwie sześć wiosen.
Jednak sam termin to jeszcze nie wszystko. Ważne jest, co za danym pojęciem stoi. Mało osób na przykład wie (ja sam dowiedziałem się całkiem niedawno), że podobnego słowa użył już hiszpański pisarz Julián Ríos, w swej powieści "Larva" z 1983 roku. Jednak jego "liberatura" ma z proponowaną przeze mnie liberaturą niewiele wspólnego. Liberatura Ríosa to szeroko rozumiana "literatura wyzwolicielska" ("wolny" to drugie znaczenie łacińskiego "liber"), literatura wyzwalająca od wszelakich światopoglądowych, obyczajowych, politycznych czy artystycznych tabu. Nietrudno zauważyć, że o tym co jest wyzwolicielskie, a co nie, decydowałby tutaj indywidualny gust i światopogląd czytelnika. Jest to więc kategoria zdecydowanie subiektywna, a więc z teoretycznego punktu widzenia niezbyt przydatna. Natomiast mój koncept liberatury odnosi się do pewnej grupy dzieł, których formalne podobieństwo można stwierdzić obiektywnie.
Dla mnie, czego nigdy nie kryłem, liberatura nie narodziła się wraz z pojawieniem się terminu. Dzieła liberackie czy protoliberackie tworzone były właściwie od zawsze i pod każdą szerokością geograficzną. Liberatura pojawiła się wraz z narodzinami pisma, bo to przecież wtedy zrodził się problem przestrzeni zapisu. Oczywiście, pierwszymi skrybami kierowała potrzeba osiągnięcia maksymalnej funkcjonalności pisma, kluczowe też były problemy technologiczne i ekonomiczne, które wymuszały taki czy inny wygląd książki. Jednak przykład chociażby starożytnych Egipcjan pokazuje, że nieobce im było wykorzystanie przestrzeni zapisu w celach estetycznych, to samo powiemy o zamiłowanych w kaligrafii Chińczykach. A żydowska Tora, gdzie każdy znak, każda litera nasycona jest dodatkowymi znaczeniami - czy to nie jest również myślenie typowe dla liberatury? Gdy na to spojrzymy z tej perspektywy, przestaniemy traktować liberaturę jako mało znaczącą niszę, a dostrzeżemy jej obecność w samym sercu naszej kultury.
Dostrzeżemy też, że i w dobie współczesnej pełno tej liberatury dookoła. Że z większym lub mniejszym powodzeniem uprawia ją całkiem spora liczba pisarzy, choć zapewne nie przyszłoby im do głowy nazwać tego liberaturą. I często są to bardzo nobliwe nazwiska. Wystarczy wspomnieć "Płaskorzeźbę" Tadeusza Różewicza, "Rymowanki dla dużych dzieci" Wisławy Szymborskiej, "Letzte Tänze" Güntera Grassa czy ostatnią książkę Umberto Eco "La misteriosa fiamma della regina Loana". W Polsce zaistniało również liberackie pismo z prawdziwego zdarzenia. Mam tu na myśli olsztyński "Portret". Od słynnego numeru 14, wydanego w formie zeszytu szkolnego, pismo to jest ucieleśnieniem podstawowej idei liberatury - idei zintegrowania werbalnego przekazu z fizycznym kształtem każdego numeru.
Liberatura nie jest więc jakimś nowym prądem, jakimś kolejnym "-izmem" na terenie literatury czy sztuki, jak futuryzm czy surrealizm, lecz przede wszystkim propozycją odmiennego postrzegania literatury już istniejącej. Jest korektą w opisie literatury - korektą dość przewrotną, bo dokonaną poprzez zrobienie literówki.
Doszliśmy do ważnego punktu. Bowiem to, co tutaj jest rzeczywiście nowe, to sama IDEA liberatury, czyli propozycja zrewidowania podstawowych pojęć literaturoznawstwa, takich jak "tworzywo" (to już nie jest tylko język, ale również pismo i zapisywana powierzchnia), "forma" (termin ten nie powinien odnosić się wyłącznie do tekstu, ale należałoby również uwzględniać zagadnienia typografii i edytorstwa), "dzieło literackie" (powinno zawierać ignorowane dotąd pojęcie książki) i "książka" (to nie musi być "druk zwarty", książka może mieć dowolny wygląd). Zaproponowałem też wprowadzenie nowej kategorii, mianowicie obok "przestrzeni w dziele literackim" również "przestrzeń dzieła". Pokrewne intuicje mieli jak dotąd tylko nieliczni teoretycy, przede wszystkim ci, którzy sami tworzyli dzieła o podobnym charakterze: Mallarmé, Butor, B. S. Johnson, Federman czy W. H. Gass, oraz teoretycy zajmujący się zagadnieniem ikoniczności w literaturze, tacy jak W. J. T. Mitchell czy Malmgren, wreszcie profesor bibliotekoznawstwa i edytorstwa D. F. McKenzie. Nikt jednak nie posunął się tak daleko, by uznać to zjawisko za odrębny rodzaj literacki.



PUZDRO- To pytanie już zadawałem innej osobie w tym numerze PUZDRA: jaki był najdziwniejszy nośnik książki, z jakim się Pan spotkał?

Fajfer- Zważywszy, że książka liberacka może przyjąć dowolny kształt, to chyba najdziwniejsze są książki o wyglądzie tradycyjnym, budowie kodeksowej. A mówiąc bardziej serio, to kto wie, czy sam nie jestem autorem takiej najdziwniejszej książki. Mam na myśli wydaną w grudniu ubiegłego roku książkę-butelkę "Spoglądając przez ozonową dziurę". W butelce znajduje się foliowy zwój z tekstem -mamy tu więc połączenie bardzo starej formy zwoju z bardzo nowoczesnym materiałem. Ponieważ i okładki, i kartka, są przeźroczyste, tekst nie ma się gdzie ukryć, jest wystawiony na bezlitosne prażenie ludzkich spojrzeń, na wścibskie, pożądające czy też zupełnie obojętne O3. Ukrywa się więc w sobie. Zapada się w sobie tak, że widoczna jest tylko jego zewnętrzna powłoka. Pozostałe trzy warstwy pozostają niewidzialne. Aby można było je zobaczyć, musi się dokonać prawdziwy kolaps tekstu.
Mimo swej ekscentrycznej formy, książka została wydana oficjalnie, z numerem ISBN, w nakładzie 200 egzemplarzy. Równocześnie też, w nakładzie 100 egzemplarzy, została wydana wersja angielska, pod tytułem "But Eyeing Like Ozone Whole" w przekładzie Krzysztofa Bartnickiego. Obie książki wydała Korporacja Ha!art, jako drugi tom serii "Liberatura". Pierwszym tomem było wydane w roku 2003 "(O)patrzenie" - mojego i Katarzyny Bazarnik autorstwa. Natomiast tomem trzecim będzie "Rzut kośćmi" Mallarmégo, planowany na jesień tego roku.



PUZDRO- A teraz troche inny 'modny termin'. Czytając różne opracowania i uczestnicząc w sesjach literaturoznawczych poświęconych hipertekstowi, zauważyłem że poszukiwania protoplastów tego nurtu często oscylują wokół literatury wysokiej (np. "Gra w klasy" J. Cortazara), a omijają popkulturę (np. gry fabularne, kieszonkowe serie typu "Wehikuł Czasu" itp, które były dla mnie pierwszym zetknięciem z nieliniową fabułą). Czyżby wstydzono się popkulturalnych konotacji?

Fajfer- Trudno mi się tutaj wypowiadać za innych - jedni zapewne się wstydzą, inni nie, jeszcze inni z grami fabularnymi po prostu nie mieli do czynienia. Ja, na przykład, z książeczkami z serii "Wehikuł Czasu" zetknąłem się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem je na biurku u mojego starszego syna. Czyli o wiele za późno, by mogło mnie to zaciekawić. Ale, Bogiem a prawdą, hipertekst też mnie niezbyt ciekawi. Swego czasu napisałem eseik "Liberatura: hiperksięga w epoce hipertekstu" (jest w książce "Liternet.pl" pod redakcją Piotra Mareckiego), w którym dowodziłem, że aby zetknąć się z nielinearnie zakomponowanym utworem literackim wcale nie trzeba porzucać materialnej książki. Że tutaj - w liberaturze właśnie - tkwi wielki, wciąż niewykorzystany potencjał. Ale żeby nie wyszło, jaki to ja jestem mądry i nieomylny, to może powiem od razu, że właśnie piszę Mareckiemu tekst... przeciw nielinearności (do "Słownika Liberatury", publikowanego w odcinkach w sieciowym wydaniu "Ha!artu"). Czyli w gruncie rzeczy przeciw samemu sobie. Bo uważam, że owa "nielinearność" stała się już, obok tak zwanej "interaktywności", prawdziwym fetyszem, celem samym w sobie, a nie środkiem do celu. A przecież o tym, czy coś jest dobre czy też nie, jeszcze nie przesądza forma! Chodzi o to, żeby dzieło było możliwie doskonałe - dobrze napisana książka linearna jest lepsza niż nielinearny gniot. To samo zresztą z utworami liberackimi, których cechy formalne wcale jeszcze nie gwarantują jakości. Kiczu tu co niemiara - jak w każdej dziedzinie sztuki.



PUZDRO- Przyszłość liberatury?

Fajfer- To najtrudniejsze pytanie. Istnieje wiele możliwych scenariuszy, najbardziej prawdopodobne wydają mi się jednak dwa.
Pierwszy: rozwój elektroniki i nowych technologii sprawi, że wszystko przeniesie się do Internetu, na nośnik cyfrowy. W tradycyjnej, materialnej formie pozostaną tylko te dzieła literackie, w przypadku których ta ich materialność ma jakieś znaczenie, których nie sposób mechanicznie wrzucić do Sieci. Krótko mówiąc: pozostanie liberatura.
I drugi scenariusz: nie ma żadnej przyszłości. Uzbrojeni już jesteśmy po zęby, prędzej czy później znajdzie się więc fanatyk, który te zęby wyszczerzy. Co jakiś czas straszą też meteorytami i zbliżającym się przebiegunowaniem Ziemi. Krótko mówiąc - atrakcji czeka nas co niemiara, a jedną z nich może być ponowne wymyślanie pisma.



Zenon Fajfer


Twórca i teoretyk liberatury. Wraz z Katarzyną Bazarnik współautor książek "Oka-leczenie" (2000) i "(O)patrzenie" (2003) oraz anglojęzycznej broszury "Liberature" (2005). Autor m.in. liberackich poematów publikowanych na łamach "FA-artu", "Ha!artu" i "Portretu", poematu kinetycznego "Ars poetica" (2004), książki-butelki "Spoglądając przez ozonową dziurę" (2004). Inicjator utworzenia w Krakowie pierwszej Czytelni Liberatury (Małopolski Instytut Kultury, Rynek Gł. 25). Jest także twórcą teatralnym, współzałożycielem działającego w Krakowie Teatru Zenkasi. W 1992 wyreżyserował autorską sztukę "Madam Eva, Ave Madam", w której grali aktorzy niepełnosprawni ruchowo (pierwszy taki teatr w Polsce), a w 1996 "Finnegans Make" według Jamesa Joyce'a, którego premiera odbyła się w Dublinie. Z Teatrem Zenkasi występował także w Rzymie, Londynie i Norwich. W maju 2004 wspólnie z Katarzyną Bazarnik reprezentował polską kulturę na oficjalnych obchodach rozszerzenia Unii Europejskiej w Irlandii.

www.mik.krakow.pl/liberatura/


 














do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek