| |
Wywiad przeprowadzono 8 kwietnia 2005.
PUZDRO- W wielu Pana esejach przebija chroniczna niechęć do sztuki współczesnej, którą nazywa Pan "bezużyteczną", a nawet "barbarzyńską". Trudno mi się z tym nie zgodzić, mając na uwadze, jak liczna jest rzesza dyletantów wynoszonych na piedestały. Czy nie jest tak, że progresywna sztuka najnowsza z zasady wzbudza odrazę, że jest to wpisane w jej 'status quo'? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nobliwe panie atakowały parasolkami obrazy impresjonistów... |
|
Henryk Fantazos
_
ur. 1944, pod Lwowem
_ malarz, grafik
_ ukończył ASP w Krakowie (1969)
_ od 1975 żyje i tworzy w USA
_
(obecnie Północna Carolina)
_ setki wystaw, nagród
_ jego obrazy w zbiorach na całym świecie
|
Fantazos- Ten anegdotyczny obrazek ataku parasolkami musiał być wymyślony przez impresjonistów, niosących ciężkie od dolarów plecaki do banku. Sprzeciw wobec niechlujnym, banalnym, efekciarskim, smarowanym w wielkim pośpiechu obrazom był wzniesiony przez zaledwie małą garstkę krytyków w czasie, kiedy malarstwo po raz ostatni się liczyło. Wkrótce przestało.
Nazywanie współczesnych produkcji artystycznych "progresywnymi" jest moim zdaniem pomyłką. Jedyny progres w sztuce to ewolucja wewnątrz jednego wysiłku artystycznego jednego artysty: od swych koślawych początków do pełnego rozkwitu, stagnacji i w końcu mimowolnej samo-karykatury. Progres w sztuce nie istnieje. Czy pierwsze szkielety dorsza przyklejone do płótna przez Jonasza Szterna [Muzeum Narodowe w Krakowie] to progres? Progres w czym? Gdzież te panie i ich parasolki się podziały? Parasolką po tym zdechłym dorszu "postępu"! Postęp w nauce, technologji - owszem, oczywiście. Postęp w poezji? Postęp w muzyce symfonicznej? Postęp w operze? Nie ma postępu w malarstwie, tak jak nie ma postępu w seksie.
PUZDRO- Zainteresowanie mediów, kuratorów, ośrodków sztuki współczesnej kieruje sie ku działalności performerskiej, różnym formom konceptualizmu - w nich upatrując znaków naszych czasów, spychając malarstwo do branży antykwarycznej. Malarstwo staje się zapomnianym medium, oczywiście nie dla szerokiej rzeszy odbiorców sztuki, ale dla twórców i krytyków. Jaka jest tego przyczyna?
Fantazos- Kiedy ja studiowałem - w latach 60-tych - to właśnie świeżo 'ogłoszono', że malarstwo umarło. Rzeczywiście, rozglądając się po wystawach, patrząc na to, co było chwalone, nagradzane - coś śmierdziało zdechlizną. Rachityczne ręce staruszków rozlewały ostatnie kałuże abstrakcji, podczas kiedy prężne plecy jurnych ubowców artystycznych chyliły się nad zadaniem przezwyciężenia limitacji malarstwa sztalugowego. Ale malarstwo nie umarło. Zachwyt krytyków umarł, to prawda, ale ich aprobata lub dezaprobata nie powinna liczyć się więcej, niż pozdrowienia czy obojętność dzieci dla mijającego pociągu. "Pies ich jebał" - jak to się często mówi w arystokratycznych salonach. Obecne pokolenie krytyków musi w końcu zostać zastąpione przez następne i wówczas - wyobrażam sobie - odkryją, że malarstwo, ponoć zdechłe, żyje i trzyma się świetnie! Pierwsze znaki tego widzę coraz częściej, ale powtarzam - kiedy dzieci machają w kierunku pociągu, to też jest bez znaczenia.
PUZDRO- Czy wskrzeszanie starych idei i estetyk, jak surrealizm, jest w Pana przekonaniu zasadne? Czy można coś jeszcze wycisnąć z tego rewolucyjnego nurtu, który na zawsze zmienił kształt sztuki? Wiele osób może zawyrokować, iż to "odgrzewanie starego kotleta"...
Fantazos- Surrealizm, ten stary kotlet! Użyty jako nowa zelówka może zatańczyć jeszcze niezłego mazurka, co widać na wielu płótnach malarzy, którzy tego próbowali w ostatnich dziesięcioleciach. Niemniej, osobiście zawsze chciałem się bronić przed tą nalepką, czując że surrealizm ze swoim programem szoku i absurdu jest obcy moim intencjom. To, co wydaje się ważne to: pogłębienie treści i znaczenia za pomocą odważnych podróży w nieznane.
Surrealizm rzadko to umożliwia, a głównie przynosi ze swych podróży bezsensowność. Pamiętajmy o dwóch największych malarzach dwudziestego wieku, obu Polakach: Jacku Malczewskim i Baltazarze Klossowskim - oni wymyślili własne, unikalne drogi ku treści i znaczeniu - bez absurdu, 'bełkotu surrealnego'. Polska kultura dała światu tych bogów malarstwa i ku ich przykładowi zwracam się codziennie w najniższym pokłonie.
 |
PUZDRO- Sztuka najnowsza często odwołuje się do banalności ludzkich doświadczeń, przyziemnej codzienności, bezrefleksyjnej doraźności. Z drugiej strony artyści, którzy urealniaja swoje fantastyczne wizje, są krytykowani za niewzruszoną postawę wobec problemów ludzkości. Jak połączyć te dwa światy? Czy dobrze podejrzewam, iż stara się Pan tego dokonać na swoich płótnach?
Fantazos- Zdecydowanie tak. Oczywiście nigdy nie uwieżę, że malarstwo jest dobrym medium do adresowania ogromnych problemow konfrontujących ludzkość. Od tego mamy myślicieli politycznych, 'investigating reporters', oratorów publicznych i tak dalej. "Wolność wiodąca lud na barykady" E. Delacroix nie zmieniła jednej politycznej opinii. I jedyne, co warte pamięci to, że "Wolność" ma interesujące piersi.
Co do drugiej części tego pytania, dotyczącego realizmu i elementów nierealnych: tak się składa, że moja osobowość skłania się silnie w obu kierunkach i wynikiem tego na moich obrazach jest nasycenie elementów wizjonerskich realizmem.
|
|
PUZDRO- Jak połączyć nieskrępowaną radość tworzenia z koniecznością zainteresowania swoją sztuką potencjalnych kupców?
Fantazos- Pamietajmy, że ci potencjalni kupcy, kolekcjonerzy sztuki to nie dziewice. Zanim przyszli na moją wystawę kupili w przeszłości za wiele tysięcy dolarów puste bohomazy 'minimal art' albo jakieś inne, równie idiotyczne 'dzieła sztuki' i teraz muszą albo przyznać w duchu, że ich poprzednie wybory były zawstydzajacą pomyłką, albo że moje obrazy są pomyłka. Co broni moje obrazy to warsztat, rzemiosło, wobec którego ci ogłupieni właściciele pasiastych obrazów czują szacunek i w końcu kupują je, wcale nie pewni, czy figurę kobiety sikającej na pokładzie łodzi podwodnej ["Submarine Squatters"] będzie można wytłumaczyć ich znajomym. Jedynym cenzorem, o którym wiem, są wymagania artystyczne. Jeśli one są zaspokojone na najwyższym poziomie - kolekcjonerzy zawsze się pojawią.
PUZDRO- Jak zapatruje się Pan na nowinki techniczne, którymi fascynują się obecnie artyści: multimedia, sztuka cyfrowa? Czy nie necą Pana twórcze możliwości, jakie daje komputer?
Fantazos- Nęcą, nęcą ogromnie. Szczególnie nowinki o receptach na kredowe grunty Cennino Cenniniego, budowanie drewnianych podłozy na obrazy i świeże pogłoski o temperze jajowej z małym dodatkiem wódki [recepta sugerowana przez rosyjskiego malarza, naturalnie]. Ja wybrałem i kocham malarstwo rozumiane jako technikę ograniczoną do następujących elementów: zachwyt rzeczywistością, pamięć, moje wizje i koniec pędzla "Kolinsky numer 0001". Czy potrzeba poecie coś wiecej niż ołówek i kartki z notesu?
PUZDRO- Pana prace zakorzenione są silnie w wielkomiejskim wizerunku Ameryki. Jak Pana widzenie Stanów Zjednoczonych przekłada się na twórczość?
Fantazos- Ameryka jest nie do odparcia. Intensywność tego świata domaga się malowania.
PUZDRO- Czy planuje Pan serie prac inspirowanych dzieciństwem w Polsce?
Fantazos- Czasem marzę o takich obrazach, ale co hamuje tą chęć to obawa, że bez tworzenia ich na miejscu, w odniesieniu do realiów tamtejszych, takie obrazy byłyby anemiczne, wydumane, pozbawione autentyzmu. Prawdopodobnie podobne skutki miałyby wysiłki malowania Południa Ameryki w Polsce.
PUZDRO- Jakie były Pana pierwsze ważne inspiracje (styl, twórcy itp)?
Fantazos- Północne Quattrocento, wówczas i dzisiaj i zawsze.
PUZDRO- Czy ma Pan swój ulubiony obraz? Czy mógłby Pan go opisać?
Fantazos- Nie, nie mam ulubionego swojego obrazu: tylko fragmenty. Pewne części dają mi chwilowe wrażenie, że umiem malować. Takie wrażenia są, niestety, przelotne.
PUZDRO- Jakie rady dałby Pan młodym twórcom, szukającym dróg kariery w USA?
Fantazos- To poważna sprawa i zasługuje poważnej odpowiedzi. Kiedy myślę o tym, widzę że moje doświadczenie nie jest - w mojej opinii - coś warte, bo istnieją tylko indywidualne losy w wypadku artystów. Gdyby pytanie dotyczyło typowych emigrantów ekonomicznych, to pewne wartościowe sugestie można by wyliczyć, ale w wypadku artystów sprawy sa paradoksalne. Ci, którzy trzeźwo myślą o "drogach kariery w U.S.A." moich porad prawdopodobnie nie potrzebują, bo mają tyle werwy i praktyczności w sobie, że siądą na Ameryce okrakiem i krzykną " wio!". |
|
|