powrót do strony głównej
    _ Numer archiwalny: 01 _ Listopad 2005 - Spis treści     
powrót do strony głównejpowrót do strony głównej
   
wszystkie depesze
     
   





 
strona
 
powrót do numeru aktualnego
8
-->


     
  Pomysł, by ciągle rozrastająca się biblioteka odzwierciedlała nieskończony wszechświat, już w średniowieczu, za sprawą np. Raymonda Nully'ego, zjednoczył walczące ze sobą terytoria panowania pisma. Drażniąca powierzchowność książki - jej fizyczność makiety, nośnika, szkatułki, wgryzła się w ulotną treść i jej niematerialność sensu, ducha, emocji. Myśl jest ulotna, więc wyobrażeniowe projekcje poczęły sięgać konkretu, układając książki na wzór skarbca, kryjącego mnóstwo błyskotek. Błyskały dostojnością pierwsze wydania i kolekcjonowane edycje.
 
     


   
  Błyskotki. Jakżeż można nie było unieść się ich mocą we wczesnej fazie tworzenia wszechświata! Niczym gwiazdom na nieboskłonie przyporządkowano im figuratywne skojarzenia, mówiąc o dziełach kształtnych, foremnych, symetrycznych, a zatem książka małym światem, ale światem zamkniętym w domku z kartek. Wraz z odkryciem galaktyki Guttenberga przeniesiono tę iluzję w sferę niekończącego się powielenia samego nośnika. Słowo stało się ciałem i mieszkało między czytelnikami. Powłoka papieru służyła pismu na tyle, iż była niewidzialna dla odbiorcy. Brał on do ręki papier i zamiast się nim podcierać, ocierał łzy wzruszenia. Potem wracał do tych łez, szukając nowych uniesień pośród półek wypchanych nośnikiem. Nośnik okazał się fetyszem, a zarazem lotnym towarem. Handlowano nim i na straganach i w ekskluzywnych salonach, gdzie ciągle tkwił podział na biblię dla bogaczy i pulpę dla nędzarzy. Biblia była księgą, przeważnie o twardej okładce, starannie dobranej czcionce, olśniewających ilustracji, natomiast pulpa - broszurką, marnie zszytą, z niedbałym drukiem oraz ubogą (sic!) grafiką.
 
     


   
  Tu święte tomiszcza, tam wulgata, tu nabożnie zgłębiane wersy, tam pośpiesznie połykane akapity, tu zbawienie, tam chwila wytchnienia w czyśćcu.
 
     


   
  Księga czy broszurka, obojętne, przecież wszystko to było pochodną pisma, które kawałkowane na książki podróżowało po ludzkim świecie, zamykane dla bezpieczeństwa w bibliotekach, jednych niedostępnych dla ogółu, drugich, wręcz przeciwnie, rozwartych na oścież, dokąd spływały stada zgłodniałych słowa. Cóż za łaska! Pokarm można było kupić, ale też można było się nim najeść do woli, za darmo, w zakładach zamkniętych, utworzonych wskutek poczucia misji społecznej bogatych wobec nędzników.
 
     


   
  Biblioteki domowe i państwowe pęczniały zatem od nadmiaru, po ulicach krążyły ofiary przedawkowań, a rynek obracał towarem książki na różne sposoby, by zwiększyć podaż. Nic dziwnego, iż sama powłoka pisma, ów fetysz i towar, została zidentyfikowana jako dobro nadrzędne i nim właśnie postanowiono mierzyć zasoby wrażliwości mas. Domki z kartek papieru budowały estetyczne otoczenie cywilizacji, nawet, jeśli niektóre z nich były szklane, w ostatecznym rachunku i tak funkcjonowały w miękkiej lub twardej oprawie.
 
     


   
  Dzięki rozwinięciu technologii duplikowania nośników, udało się przejść z epoki białych kruków do ery wznowień. Tu jednak nastąpił wyraźny spadek popularności nośnika. Papier zaczął zalegać. Papierowe domki wyższe niż wieżowce i szersze od wielopasmówki, musiały iść na przemiał, zaś czynniki sprawcze martwiły się, iż estetyczne otoczenie bez nośnika pisma zwyczajnie marnieje. Niektórym tak doskwierał jego brak, iż rzutowali go w majakach w jakieś mocno zaawansowane formy technologii, wymyślając nośniki zastępcze.

Tymczasem pismo wróciło do człowieka i na powrót zamieszkało w nim, bez potrzeby nośnika. Powstał problem biblioteki. Pismo pamięta przynajmniej trzy sposoby rozwiązania problemu.
 
     


   
  Co w sytuacji, gdy większość produkcji archaicznego nośnika idzie na całopalenie, zrobić ze stale rozrastającym się księgozbiorem?
 
     


   
  Pierwszy - mając świadomość dokonywanej na nośnikach zbrodni księgobójstwa, dokonywać na skalę równie masową aktów samospalenia we własnych biblioteczkach; wersja bogatych.

Drugi
- mnożyć magazyny w skali kosmicznej i wpuszczać do nich tłumy; wersja nędznych.

Wreszcie trzeci - pozbyć się raz na zawsze nośników i pilnować, by nikt ich nie produkował.
 
     


   
  Może wtedy pismo rozwinie się samo w sobie jako rzeczywista wartość naddana, nie towar, nie fetysz, tylko niewidzialna manifestacja pisania, bo paradoksalnie pisze się jeszcze przed samym zapisem. Tworzy się. Czyta. W oczach drugich i gestach trzecich. Mimo tego potrzeba powłoki nie da za wygraną. Odczucie fantoma po amputacji nośnika odezwie się wcześniej czy później. Z tego powodu ogromne gmachy bibliotek niebawem z obiektów muzealnych przeistoczą się w nie mniej pokaźne szpitale. Dawców organów nie brakuje.

Łukasz Badula
 
     




o autorze


Łukasz Badula aka Lider NuSkumul aka Za Dużo - jednostka kumulatywna współodpowiedzialna za herezje pisma per-jodycznego oraz jego sieciowe mutanty. Przedstawiciel pokolenia wysadzonych z dzieła. Niech go nikt o listy nie prosi!

www:
kumultura

www: per-jodyk

www: za duzo pisarzy - blog

www: liternacka

 

do następnej strony
   Hosting: supremum group
design:  zalibarek